Punta Almana 1390m.n.p.m.
Drugiego dnia rozkoszując się typowym włoskim śniadaniem
(ser Provolone i inne takie smakołyki) rozkminiamy jak się dostać do Sale
Marasino. Będąc nad Iseo bez auta trzeba wybierać cele, które są dobrze
skomunikowane. Jest to pewne utrudnienie, ale dla chcącego nic trudnego. Wzdłuż
wschodniego wybrzeża jest linia kolejowa, a pociągi jeżdżą mniej więcej co
godzinę. Wystarczy więc dostać się do sąsiedniego Pisogne i to wszystko. Ale
żeby nie było zbyt łatwo poranne promy do tej miejscowości występują w liczbie
aż dwóch (no i jeszcze trzeba dobrze rozeznać się w rozkładzie – bo a to dni
szkolne, a to dni powszednie – i tutaj nie ma znaku równości, do tego święta w
sobotę, święta w niedzielę…. Rozkład po prostu bajka). Ciekawa jest też opcja
biletowa na pociąg. Bilet kupuje się w przydworcowych kawiarniach przy okazji
degustacji kawy. Mało tego – jak się dowiadujemy na chwilę przed odjazdem,
należy na tym bilecie własnoręcznie podpisać miejsce startu, czyli stację, z
której się odjeżdża oraz datę i godzinę odjazdu – bez tego bilet jest nieważny
(czyli odręczna walidacja). Gdy po tych wszystkich przeszkodach komunikacyjnych
wysiadamy w w/w Sale Marasino wystarczy „tylko” wejść na górę, zejść, wsiąść w
pociąg, potem złapać prom powrotny do Lovere i jesteśmy w domu. Ale to byłoby
zbyt proste.