Lofoty - Munkebu
Czwartkowy poranek na Lofotach
przywitał nas dokładnie tak, jak powinien przywitać ludzi wybierających się na
dwudniowy trekking. Była kawa, było śniadanie, była ekscytacja. I były plecaki,
które jakimś cudem ważyły znacznie więcej niż podczas pakowania. Namioty,
śpiwory, zapasy jedzenia, dodatkowe ubrania i kilka litrów wody skutecznie
przypominały nam przy każdym kroku, że przez najbliższe dwa dni cały nasz
dobytek będziemy nieść na własnych plecach. Dzięki temu, że dysponowaliśmy
dwoma samochodami, mogliśmy zaplanować trasę bez konieczności wracania tą samą
drogą. To ogromna wygoda na Lofotach, gdzie wiele najciekawszych szlaków ma
charakter przejściowy. Naszą przygodę rozpoczynamy w Sørvågen. A cel to Munken
– szczyt wznoszący się na wysokość 770 metrów nad poziomem morza. Brzmi
niewinnie, zwłaszcza gdy człowiek siedzi jeszcze przy kawie. Początkowo szlak
prowadzi szeroką, wygodną ścieżką łagodnie wspinającą się ponad zabudowania
miejscowości. Słońce przyjemnie grzeje, lekki wiatr przynosi ulgę, a otaczające
krajobrazy sprawiają, że co chwilę zatrzymujemy się na zdjęcia. Dość szybko
przekonujemy się jednak, że norweskie szlaki rządzą się własnymi prawami. Na
próżno szukać tutaj kolorowych oznaczeń znanych z polskich gór. Nie ma słupków,
drogowskazów ani wyraźnych znaków prowadzących za rękę od jednego punktu do
drugiego. Często jedyną wskazówką jest wydeptana ścieżka, która po chwili
rozdziela się na kilka kolejnych. A potem na kilka następnych…i jeszcze kilka. W
efekcie człowiek zaczyna bardziej ufać mapie niż własnej intuicji.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)

