niedziela, 13 września 2026

Siodełkowa Kopa – wisienka na torcie

 

Tatry - Siodełkowa Kopa 2062 m.n.p.m.
 
Po sobotniej walce z mlekiem premium w Małej Fatrze i pogodą, która postanowiła zrobić sobie z nas mały żart, nadszedł czas na finał tego wyjazdu. Budzimy się rano na parkingu w okolicach Szczyrbskiego Plesa. Noc minęła znakomicie. Żadnych pobudek, żadnego wiercenia się, żadnych niespodziewanych atrakcji. Taka, jaką noc przed górską wycieczką być powinna. Słońce już od samego rana pracuje na pełnych obrotach. Wystarczyło wystawić nos za drzwi samochodu, żeby stwierdzić jedno: To będzie świetny dzień. Po porannym rytuale obejmującym śniadanie, kawę i wszystkie czynności niezbędne do zamiany człowieka w turystę, ruszamy na szlak. Początek prowadzi szeroką drogą szutrową będącą fragmentem Tatrzańskiej Magistrali. To najdłuższy znakowany szlak w całych Tatrach, liczący około 72 kilometry. Łączy wiele tatrzańskich dolin, schronisk i przełęczy, stanowiąc coś w rodzaju górskiej obwodnicy dla tych, którzy lubią długodystansowe wędrówki. My jednak mieliśmy dziś nieco skromniejsze ambicje. Przynajmniej kilometrowo. W doskonałych humorach docieramy do rozdroża u wylotu Doliny Furkotnej. Tutaj zamieniamy czerwone oznaczenia magistrali na żółty szlak i zaczynamy mozolnie zdobywać kolejne metry wysokości.

Mała Fatra, mleko premium i siedemdziesiąt zakosów szczęścia

 

Mała Fatra - Chleb 1646 m.n.p.m.
 
Po piątkowym sukcesie na grani Brestowa – Pachoł pozostawało tylko jedno pytanie: co zrobić z sobotą? Prognozy od początku nie pozostawiały złudzeń. Piątek miał być petardą, niedziela jeszcze większą petardą, a sobota... cóż, sobota miała być sobotą. Chmury, możliwy deszcz i umiarkowane szanse na spektakularne widoki. Dlatego wieczorem ruszyliśmy do Małej Fatry, gdzie noc spędziliśmy w naszym mini kamperze na parkingu pod kolejką Vrátná – Chleb. Poranek rozpoczął się zgodnie z planem. A nawet lepiej. Podczas śniadania rozłożyliśmy cały nasz turystyczny majdan. Stoliki, kubki, kawa, kanapki, sprzęt fotograficzny i całą resztę gratów, które magicznym sposobem zawsze mieszczą się w samochodzie. Przechodzący obok ludzie rzucali nam dość osobliwe spojrzenia. Najwyraźniej nie wszyscy rozumieją ten specyficzny poranny górski vibe. Ich strata. Zdążyliśmy nawet załapać się na pierwszy poranny deszcz, ale ponieważ prognozy uparcie twierdziły, że najgorsze ma przyjść dopiero między jedenastą a czternastą, postanowiliśmy zastosować plan emerycki. Kupujemy bilet łączony na kolejki. Najpierw wjazd pod Wielki Krywań, później zejście przez Chleb i Południowy Groń, a na końcu zjazd krzesełkiem Paseky. Brzmi rozsądnie. Brzmi wygodnie. Brzmi dokładnie tak, jak powinno brzmieć gospodarowanie siłami przez ludzi po całym dniu tatrzańskiej grani.

Klamra się domknęła – Brestowa, Salatyny i Pachoł

 

Tatry - Pachoł 2167 m.n.p.m.

Gdy trzy tygodnie temu kończyliśmy z Basią nasz poprzedni górski weekend, nie przypuszczałem, że tak szybko wrócę w Tatry. A jednak. Tym razem nie obyło się bez zmian w składzie osobowym. Marek nie znalazł żadnej wymówki, żaden kalendarz nie stanął mu na przeszkodzie, więc mogliśmy wrócić do pierwotnego planu wspólnego wyjazdu. Prognozy wyglądały wręcz podejrzanie dobrze. Piątek i niedziela miały być pogodowym sztosem, natomiast sobota zapowiadała się co najwyżej średnio. Matematyka była prosta – urlop na żądanie, szybkie pakowanie i kierunek Tatry. Plan na pierwszy dzień był konkretny. Dokończyć projekt rozpoczęty podczas poprzedniego wyjazdu, czyli przejść pozostałą część słynnej grani Brestowa – Pachoł. Nie bez powodu ten odcinek bywa nazywany słowacką odpowiedzią na Orlą Perć Tatr Zachodnich. Wczesnym rankiem meldujemy się na parkingu w Rohackiej Dolinie. Już na pierwszy rzut oka widać różnicę. Samochodów jest zdecydowanie mniej niż podczas ostatniego weekendu. Cóż, piątek ma jednak swoje zalety. Podobnie jak poprzednio korzystamy z dobrodziejstw techniki i kupujemy bilety na kolejkę. Niektórzy mogą twierdzić, że prawdziwy turysta powinien zdobywać każdy metr własnymi nogami. Ja natomiast uważam, że jeśli można legalnie zaoszczędzić 500 metrów przewyższenia, to grzechem byłoby z takiej okazji nie skorzystać. Po chwili wysiadamy na górnej stacji. Słońce od samego rana nie bierze jeńców.

niedziela, 23 sierpnia 2026

Litwinka o świcie i spokojne zakończenie weekendu na Wysokim Wierchu

 

 

Pieniny - Wysoki Wierch 898 m.n.p.m.

Po kolacji czekało nas jeszcze sporo kilometrów do przejechania. Droga prowadziła krętą, dobrze znaną mi „drogą wolności”, a że było już całkowicie ciemno, całą uwagę skupiałem na kolejnych zakrętach. Oprócz asfaltu uważnie obserwowałem również pobocza, bo nigdy nie wiadomo, czy jakiś jeleń, sarna albo inny przedstawiciel lokalnej fauny nie postanowi przywitać się z maską samochodu w najmniej odpowiednim momencie. Na szczęście obyło się bez takich atrakcji i późnym wieczorem docieramy do miejsca noclegu. Tym razem wybór padł na sprawdzoną już przez nas miejscówkę na szczycie Litwinki. Byliśmy tu wcześniej i doskonale wiedzieliśmy, czego spodziewać się o poranku. A raczej – czego mieć nadzieję się spodziewać. Natura nie zawiodła. Poranek przywitał nas dokładnie takimi widokami, dla których warto czasem zrezygnować z wygód hotelowego łóżka. Tatry prezentowały się majestatycznie, pierwsze promienie słońca leniwie oświetlały okoliczne wzgórza, a kawa smakowała jak co najmniej z trzygwiazdkowej restauracji. Choć podejrzewam, że połowę jej walorów smakowych stanowił po prostu widok za oknem Maksa.

Powrót w Tatry po dwóch latach – Brestowa i Salatyny

 

 

 Tatry - Salatyn 2048 m.n.p.m.

Na ten weekend czekałem naprawdę długo. W Tatrach nie byłem od dwóch lat, więc głód gór zdążył już osiągnąć poziom alarmowy. Początkowo miał to być męski wypad z bratem, ale z różnych przyczyn Marek nie mógł pojechać. Pogoda zapowiadała się wręcz podręcznikowo, więc szkoda byłoby zmarnować taką okazję. Do wspólnej przygody zaprosiłem więc Barbórkę, która bez większego namysłu zgodziła się towarzyszyć mi w powrocie na tatrzańskie szlaki. W piątek po południu ruszamy z zamiarem noclegu w naszym niezawodnym Maksiu. Celem jest parking pod Brestową. Na miejsce docieramy już po zmroku, ale taki był plan. Żadnego zwiedzania, żadnych spacerów. Szybkie piwko, kilka słów o jutrzejszej trasie i lulu. Sen przychodzi błyskawicznie. Rano budzimy się około ósmej lekko zdziwieni, że parking zdążył już solidnie się zapełnić. Najwyraźniej nie tylko my uznaliśmy, że warto wykorzystać piękną pogodę. Szybkie śniadanie, obowiązkowa kawa, poranna logistyka i ruszamy... w stronę kasy kolejki. No bo skoro istnieje możliwość podwiezienia się kilkaset metrów wyżej, to dlaczego mielibyśmy udawać, że jesteśmy purystami górskimi?

piątek, 10 lipca 2026

Ostatnie kilometry i powrót do rzeczywistości

 

No i nadszedł ten moment. Przed nami były już tylko ostatnie godziny spędzone w Skandynawii. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście dni wcześniej z wypiekami na twarzy ruszaliśmy z Gdyni na północ, a teraz od promu do Polski dzieliło nas już tylko kilkaset kilometrów. Poranek rozpoczęliśmy dokładnie tak, jak lubiliśmy najbardziej. Było spokojne śniadanie, była kawa i był widok, który pozwalał jeszcze przez chwilę nacieszyć się skandynawską codziennością. Nikt nie mówił tego głośno, ale wiedzieliśmy, że to już ostatni taki poranek podczas tej wyprawy. Zanim jednak na dobre ruszyliśmy w stronę Karlskrony, zatrzymaliśmy się jeszcze przy Stenskeppet. Ta charakterystyczna formacja skalna, której nazwa oznacza dosłownie „Kamienny Statek”, od lat stanowi jeden z rozpoznawalnych punktów wybrzeża Bohuslän. Kamień Blomsholm to trzeci co do wielkości kamienny statek wikingów w Szwecji, o imponującej długości 49 metrów. Położony w pobliżu Strömstad, ten historyczny pomnik składa się z 49 kamieni i pochodzi z końca epoki wikińskiej, kiedy morze sięgało niemal tego miejsca. To jedno z tych miejsc, które nie pojawiają się na pierwszych stronach przewodników, ale doskonale oddają charakter zachodniego wybrzeża Szwecji – surowego, spokojnego i niezwykle malowniczego.

Trekking w krainie chrobotka i droga ku południu


Norwegia - Rondane Nasjonal Park

Pierwotny plan na końcówkę wyjazdu był znacznie ambitniejszy. Chcieliśmy zmierzyć się z jednym z najbardziej znanych szlaków w całej Norwegii – Besseggen. Ta legendarna grań w Parku Narodowym Jotunheimen każdego roku przyciąga dziesiątki tysięcy turystów. Największą atrakcją jest wąski odcinek grani oddzielający dwa jeziora o zupełnie różnych kolorach: błękitne Bessvatnet i zielonkawe Gjende. Widoki podobno są spektakularne, ale żeby na nie zasłużyć, trzeba pokonać trasę liczącą około 14 kilometrów i ponad 1100 metrów przewyższenia. Brzmi świetnie. Problem polegał na tym, że byliśmy już po dwóch tygodniach intensywnej podróży. Jeszcze kilka dni wcześniej podejścia rzędu 400–500 metrów potrafiły skutecznie przypomnieć nam o istnieniu mięśni, których normalnie się nie zauważa. Perspektywa ponad tysiąca metrów przewyższenia zaczęła więc wyglądać bardziej jak akt desperacji niż rozsądny plan. A skoro podróżowanie ma sprawiać przyjemność, a nie kończyć się ewakuacją ze szlaku, postanowiliśmy odpuścić. Besseggen cierpliwie poczeka. Kolejny punkt na listę „następnym razem”. Był niedzielny poranek, a do promu zostały nam jeszcze trzy dni. Oczywiście nie zamierzaliśmy spędzić ich wyłącznie za kierownicą. Po około trzech godzinach jazdy przyszedł moment ostatecznego pożegnania. Lucy i Ania odbiły w swoją stronę, a my ruszyliśmy dalej na południe. Po dwóch tygodniach wspólnego podróżowania było trochę dziwnie. Nagle ucichły rozmowy przez krótkofalówki, a drugi samochód przestał pojawiać się w lusterku. Wieczorem dotarliśmy do Otty – niewielkiego, ale ważnego komunikacyjnie miasteczka położonego u podnóża Parku Narodowego Rondane. To właśnie stąd wielu turystów rozpoczyna swoje przygody w najstarszym parku narodowym Norwegii, utworzonym już w 1962 roku. Na nocleg wybraliśmy Otta Camping. I tam spotkała nas jedna z tych podróżniczych historii, których nie da się zaplanować. Na kempingu poznaliśmy przemiłego Francuza mówiącego po polsku. Emerytowany podróżnik postanowił wykorzystać wolny czas w najlepszy możliwy sposób – wsiadł na rower w Bretanii i ruszył na północ Norwegii. Nie miał konkretnego celu ani sztywnego harmonogramu. Plan był prosty: Jechać tak długo, jak pozwolą siły. Przyznam, że trudno było nie poczuć odrobiny zazdrości.

czwartek, 9 lipca 2026

Ostatni wspólny wieczór

 

Przed nami był ostatni pełny dzień wspólnej podróży. Trudno uwierzyć, jak szybko minęły dwa tygodnie spędzone na drogach, szlakach, promach i parkingach z widokami, które na długo pozostaną w pamięci. Poranek przebiegał według dobrze już znanego scenariusza. Niespieszne śniadanie, świeżo parzona kawa – albo dwie, zależnie od poziomu porannej aktywności – i spokojne pakowanie obozowiska. Nikt się nie spieszył. Wszyscy mieliśmy świadomość, że takich wspólnych poranków zostało już naprawdę niewiele. Tego dnia kontynuowaliśmy podróż jedną z najpiękniejszych tras, jakie przyszło nam pokonać podczas całego wyjazdu. Helgelandskysten wciąż zachwycała. Było w niej coś wyjątkowego. Każdy zakręt, każde wzniesienie i każdy kolejny fiord przynosiły nowe widoki. To jedna z tych dróg, na których człowiek bardziej skupia się na tym, co za szybą, niż na samym celu podróży. Zresztą trudno było jechać szybko. Po pierwsze dlatego, że Norwegia od lat słynie z wyjątkowo skutecznego zniechęcania kierowców do przekraczania prędkości. Mandaty potrafią być tutaj równie imponujące jak krajobrazy. Po drugie – i zdecydowanie ważniejsze – sama natura nie pozwalała po prostu przejechać przez te okolice. Co chwilę pojawiało się coś, co przyciągało wzrok. Góra odbijająca się w tafli fiordu. Samotny czerwony domek stojący nad wodą. Ośnieżone szczyty majaczące na horyzoncie. Człowiek mimowolnie zwalniał, próbując nacieszyć się tym wszystkim jeszcze przez chwilę.

Helgelandskysten, lodowiec Svartisen i kąpiel dla odważnych

 

Lofoty - Lodowiec Svartisen 

Noc, a właściwie jej symboliczna wersja, minęła błyskawicznie. Kolejny raz obudziło nas słońce, które o tej porze roku zdaje się w ogóle nie rozumieć pojęcia „cisza nocna”. Jak zwykle nie było mowy o pośpiechu. Śniadanie celebrowaliśmy długo, w pięknych okolicznościach przyrody, popijając aromatyczną kawę i chłonąc widoki. Takie poranki mają jedną wadę – bardzo trudno się od nich oderwać. Z drugiej strony przed nami był kolejny dzień podróży, a apetyt na odkrywanie Norwegii wcale nie malał. Już drugi dzień poruszaliśmy się jedną z najpiękniejszych tras widokowych w kraju – Helgelandskysten, czyli Drogą Krajową 17 (Fv17). To ponad 400 kilometrów prowadzących przez wybrzeże Helgeland, pomiędzy Bodø a Steinkjer. Trasa słynie z nieustannie zmieniających się krajobrazów: fiordów, mostów, gór wyrastających prosto z morza, niewielkich rybackich osad oraz licznych przepraw promowych. Wielu Norwegów uważa ją za znacznie ciekawszą od głównej E6, bo zamiast najszybszego przejazdu oferuje prawdziwą podróż przez jedne z najpiękniejszych zakątków kraju. Po około trzydziestu minutach jazdy zatrzymaliśmy się w miejscu, które już wcześniej przykuło naszą uwagę na mapie – Ureddplassen. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak nowoczesny punkt widokowy z wyjątkowo designerską toaletą. I rzeczywiście, znajdujący się tutaj budynek zdobył kilka nagród architektonicznych, a wielu podróżników twierdzi, że jest to najpiękniej położona publiczna toaleta w Norwegii. Trudno się z tym nie zgodzić – widok z tego miejsca spokojnie mógłby konkurować z niejednym tarasem widokowym.

środa, 8 lipca 2026

Powrót na kontynent i pożegnalny grill z widokiem

 

Jak się okazało kilka dni wcześniej, nawet najlepiej przygotowany plan podróży potrafi zaskoczyć swoich autorów. W naszym przypadku odkrycie było dość bolesne. Gdzieś pomiędzy górami, plażami i niekończącymi się białymi nocami zgubiliśmy... jeden dzień. Do dziś nie wiemy dokładnie kiedy i w jakich okolicznościach to nastąpiło. Może został na którymś szczycie. Może odpłynął promem, a może zwyczajnie rozpuścił się w lofockim czasie, który płynie według własnych zasad. Fakt był jednak niepodważalny. Prom do Polski nie miał zamiaru dostosowywać rozkładu do naszych „pomyłek”. W efekcie musieliśmy zrezygnować z ostatniego punktu naszej wielkiej północnej wyprawy. Andøya  wyspa słynąca z długich, dzikich plaż, surowego wybrzeża i jednych z najlepszych miejsc do obserwacji wielorybów w całej Norwegii. To właśnie stamtąd mieliśmy ruszyć dalej na Senję, często nazywaną „Norwegią w pigułce”, bo na stosunkowo niewielkim obszarze skupia wszystko to, za co kocha się ten kraj. Ale jak mawiają doświadczeni podróżnicy trzeba zostawić sobie powód do powrotu. I my właśnie taki powód znaleźliśmy. Senja poczeka. Pozostawało więc obrać kurs na południe. Przed nami jeszcze sześć dni do momentu, gdy prom Stena Line odbije od szwedzkiego nabrzeża i skieruje nas do Polski. Nie zamierzaliśmy jednak przeznaczyć tego czasu wyłącznie na nabijanie kilometrów. Wręcz przeciwnie. Rozpoczynaliśmy ostatni etap wyprawy. Zwiedzanie wszystkiego po drodze przez wielkie „Z”.