Pieniny - Wysoki Wierch 898 m.n.p.m.
Po kolacji
czekało nas jeszcze sporo kilometrów do przejechania. Droga prowadziła krętą,
dobrze znaną mi „drogą wolności”, a że było już całkowicie ciemno, całą uwagę
skupiałem na kolejnych zakrętach. Oprócz asfaltu uważnie obserwowałem również
pobocza, bo nigdy nie wiadomo, czy jakiś jeleń, sarna albo inny przedstawiciel
lokalnej fauny nie postanowi przywitać się z maską samochodu w najmniej
odpowiednim momencie. Na szczęście obyło się bez takich atrakcji i późnym
wieczorem docieramy do miejsca noclegu. Tym razem wybór padł na sprawdzoną już
przez nas miejscówkę na szczycie Litwinki. Byliśmy tu wcześniej i doskonale
wiedzieliśmy, czego spodziewać się o poranku. A raczej – czego mieć nadzieję
się spodziewać. Natura nie zawiodła. Poranek przywitał nas dokładnie takimi
widokami, dla których warto czasem zrezygnować z wygód hotelowego łóżka. Tatry
prezentowały się majestatycznie, pierwsze promienie słońca leniwie oświetlały
okoliczne wzgórza, a kawa smakowała jak co najmniej z trzygwiazdkowej
restauracji. Choć podejrzewam, że połowę jej walorów smakowych stanowił po
prostu widok za oknem Maksa.
.jpg)
.jpg)