niedziela, 23 sierpnia 2026

Litwinka o świcie i spokojne zakończenie weekendu na Wysokim Wierchu

 

 

Pieniny - Wysoki Wierch 898 m.n.p.m.

Po kolacji czekało nas jeszcze sporo kilometrów do przejechania. Droga prowadziła krętą, dobrze znaną mi „drogą wolności”, a że było już całkowicie ciemno, całą uwagę skupiałem na kolejnych zakrętach. Oprócz asfaltu uważnie obserwowałem również pobocza, bo nigdy nie wiadomo, czy jakiś jeleń, sarna albo inny przedstawiciel lokalnej fauny nie postanowi przywitać się z maską samochodu w najmniej odpowiednim momencie. Na szczęście obyło się bez takich atrakcji i późnym wieczorem docieramy do miejsca noclegu. Tym razem wybór padł na sprawdzoną już przez nas miejscówkę na szczycie Litwinki. Byliśmy tu wcześniej i doskonale wiedzieliśmy, czego spodziewać się o poranku. A raczej – czego mieć nadzieję się spodziewać. Natura nie zawiodła. Poranek przywitał nas dokładnie takimi widokami, dla których warto czasem zrezygnować z wygód hotelowego łóżka. Tatry prezentowały się majestatycznie, pierwsze promienie słońca leniwie oświetlały okoliczne wzgórza, a kawa smakowała jak co najmniej z trzygwiazdkowej restauracji. Choć podejrzewam, że połowę jej walorów smakowych stanowił po prostu widok za oknem Maksa.

Powrót w Tatry po dwóch latach – Brestowa i Salatyny

 

 

 Tatry - Salatyn 2048 m.n.p.m.

Na ten weekend czekałem naprawdę długo. W Tatrach nie byłem od dwóch lat, więc głód gór zdążył już osiągnąć poziom alarmowy. Początkowo miał to być męski wypad z bratem, ale z różnych przyczyn Marek nie mógł pojechać. Pogoda zapowiadała się wręcz podręcznikowo, więc szkoda byłoby zmarnować taką okazję. Do wspólnej przygody zaprosiłem więc Barbórkę, która bez większego namysłu zgodziła się towarzyszyć mi w powrocie na tatrzańskie szlaki. W piątek po południu ruszamy z zamiarem noclegu w naszym niezawodnym Maksiu. Celem jest parking pod Brestową. Na miejsce docieramy już po zmroku, ale taki był plan. Żadnego zwiedzania, żadnych spacerów. Szybkie piwko, kilka słów o jutrzejszej trasie i lulu. Sen przychodzi błyskawicznie. Rano budzimy się około ósmej lekko zdziwieni, że parking zdążył już solidnie się zapełnić. Najwyraźniej nie tylko my uznaliśmy, że warto wykorzystać piękną pogodę. Szybkie śniadanie, obowiązkowa kawa, poranna logistyka i ruszamy... w stronę kasy kolejki. No bo skoro istnieje możliwość podwiezienia się kilkaset metrów wyżej, to dlaczego mielibyśmy udawać, że jesteśmy purystami górskimi?