Tatry - Siodełkowa Kopa 2062 m.n.p.m.
Po sobotniej
walce z mlekiem premium w Małej Fatrze i pogodą, która postanowiła zrobić sobie
z nas mały żart, nadszedł czas na finał tego wyjazdu. Budzimy się rano na
parkingu w okolicach Szczyrbskiego Plesa. Noc minęła znakomicie. Żadnych
pobudek, żadnego wiercenia się, żadnych niespodziewanych atrakcji. Taka, jaką
noc przed górską wycieczką być powinna. Słońce już od samego rana pracuje na
pełnych obrotach. Wystarczyło wystawić nos za drzwi samochodu, żeby stwierdzić
jedno: To będzie świetny dzień. Po porannym rytuale obejmującym śniadanie, kawę
i wszystkie czynności niezbędne do zamiany człowieka w turystę, ruszamy na
szlak. Początek prowadzi szeroką drogą szutrową będącą fragmentem Tatrzańskiej
Magistrali. To najdłuższy znakowany szlak w całych Tatrach, liczący około 72
kilometry. Łączy wiele tatrzańskich dolin, schronisk i przełęczy, stanowiąc coś
w rodzaju górskiej obwodnicy dla tych, którzy lubią długodystansowe wędrówki. My
jednak mieliśmy dziś nieco skromniejsze ambicje. Przynajmniej kilometrowo. W
doskonałych humorach docieramy do rozdroża u wylotu Doliny Furkotnej. Tutaj
zamieniamy czerwone oznaczenia magistrali na żółty szlak i zaczynamy mozolnie
zdobywać kolejne metry wysokości. Las z każdym krokiem robi się coraz rzadszy.
Wkrótce pojawiają się pierwsze pola kosodrzewiny, a pomiędzy nimi zaczyna przebłyskiwać
cel naszej dzisiejszej wycieczki. Skoro góra już się pokazuje, uznajemy, że
należy odpowiednio przygotować się do dalszego marszu. Rozkładamy się więc na
jednej z polan w Dolinie Furkotnej. Kanapka, łyk wody, kilka minut błogiego
lenistwa. Profesjonalne przygotowanie wysokogórskie zakończone sukcesem. Po
krótkim postoju ruszamy dalej.
W odpowiednim miejscu odbijamy w lewo i bez większych problemów odnajdujemy ścieżkę prowadzącą ku przełęczy Siodełko. Po chwili pojawiają się zakosy. Tym razem jednak nie ma żadnej walki, żadnych technicznych trudności ani szukania właściwej drogi. Podejście okazuje się wyjątkowo przyjemne, a przełęcz osiągamy szybciej, niż się spodziewaliśmy. Krótki odpoczynek, kilka łyków wody i ponownie skręcamy w lewo. Od tego momentu pozostaje już właściwie spacer. Po niespełna piętnastu minutach stajemy na szczycie Siodełkowej Kopy.
I wtedy zaczyna się prawdziwa uczta. Widoki są absolutnie fenomenalne. Przed nami ciągnie się grań Solisk, majestatycznie prezentuje się Krywań, a gdzieś pomiędzy kolejnymi szczytami wyłania się charakterystyczna sylwetka Kończystej. Krótkiej i Ostrej. To jeden z tych momentów, kiedy człowiek przestaje robić zdjęcia. Nie dlatego, że nie ma co fotografować. Wręcz przeciwnie. Po prostu zaczyna patrzeć, chłonąć i siedzieć, i patrzeć jeszcze trochę. Na szczycie spędzamy półtorej godziny. Tak teraz o tym myślę i naprawdę nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej tyle czasu przesiedział na jakiejś górze. Ale tego dnia wszystko sprzyjało. Pogoda idealna, temperatura idealna, widoki idealne, towarzystwo idealne. Po co więc schodzić?
W końcu jednak rozsądek zwycięża i rozpoczynamy powrót tą samą drogą. Schodzi się szybko i bezproblemowo. Po dwóch godzinach meldujemy się ponownie przy samochodzie. I wtedy rozpoczyna się ostatni etap wyprawy - powrót do Krakowa. Co mogę o nim powiedzieć? Zmęczył mnie bardziej niż trzydniowa łaziorka po górach. Mimo wszystko był to fantastyczny weekend. Po dwóch latach przerwy wróciłem w Tatry nie raz, ale dwa razy w ciągu zaledwie trzech tygodni. Udało się dokończyć wieloletni projekt przejścia słowackiej grani Brestowa – Rohacz Ostry. Udało się odwiedzić Małą Fatrę. Udało się spędzić trzy dni w górach w świetnym towarzystwie. I udało się przypomnieć sobie, dlaczego tak bardzo lubię tu wracać. Bo tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o szczyty, nie chodzi nawet o widoki. Chodzi o te wszystkie poranki przy samochodzie, kawę wypijaną z panoramą gór, śmiech na szlaku, zmęczone nogi pod koniec dnia i poczucie, że przez chwilę człowiek był dokładnie tam, gdzie chciał być. A czego można chcieć więcej? Może tylko kolejnych takich weekendów.
W odpowiednim miejscu odbijamy w lewo i bez większych problemów odnajdujemy ścieżkę prowadzącą ku przełęczy Siodełko. Po chwili pojawiają się zakosy. Tym razem jednak nie ma żadnej walki, żadnych technicznych trudności ani szukania właściwej drogi. Podejście okazuje się wyjątkowo przyjemne, a przełęcz osiągamy szybciej, niż się spodziewaliśmy. Krótki odpoczynek, kilka łyków wody i ponownie skręcamy w lewo. Od tego momentu pozostaje już właściwie spacer. Po niespełna piętnastu minutach stajemy na szczycie Siodełkowej Kopy.
I wtedy zaczyna się prawdziwa uczta. Widoki są absolutnie fenomenalne. Przed nami ciągnie się grań Solisk, majestatycznie prezentuje się Krywań, a gdzieś pomiędzy kolejnymi szczytami wyłania się charakterystyczna sylwetka Kończystej. Krótkiej i Ostrej. To jeden z tych momentów, kiedy człowiek przestaje robić zdjęcia. Nie dlatego, że nie ma co fotografować. Wręcz przeciwnie. Po prostu zaczyna patrzeć, chłonąć i siedzieć, i patrzeć jeszcze trochę. Na szczycie spędzamy półtorej godziny. Tak teraz o tym myślę i naprawdę nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej tyle czasu przesiedział na jakiejś górze. Ale tego dnia wszystko sprzyjało. Pogoda idealna, temperatura idealna, widoki idealne, towarzystwo idealne. Po co więc schodzić?
W końcu jednak rozsądek zwycięża i rozpoczynamy powrót tą samą drogą. Schodzi się szybko i bezproblemowo. Po dwóch godzinach meldujemy się ponownie przy samochodzie. I wtedy rozpoczyna się ostatni etap wyprawy - powrót do Krakowa. Co mogę o nim powiedzieć? Zmęczył mnie bardziej niż trzydniowa łaziorka po górach. Mimo wszystko był to fantastyczny weekend. Po dwóch latach przerwy wróciłem w Tatry nie raz, ale dwa razy w ciągu zaledwie trzech tygodni. Udało się dokończyć wieloletni projekt przejścia słowackiej grani Brestowa – Rohacz Ostry. Udało się odwiedzić Małą Fatrę. Udało się spędzić trzy dni w górach w świetnym towarzystwie. I udało się przypomnieć sobie, dlaczego tak bardzo lubię tu wracać. Bo tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o szczyty, nie chodzi nawet o widoki. Chodzi o te wszystkie poranki przy samochodzie, kawę wypijaną z panoramą gór, śmiech na szlaku, zmęczone nogi pod koniec dnia i poczucie, że przez chwilę człowiek był dokładnie tam, gdzie chciał być. A czego można chcieć więcej? Może tylko kolejnych takich weekendów.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)