Mała Fatra - Chleb 1646 m.n.p.m.
Po piątkowym sukcesie na grani Brestowa – Pachoł
pozostawało tylko jedno pytanie: co zrobić z sobotą? Prognozy od początku nie
pozostawiały złudzeń. Piątek miał być petardą, niedziela jeszcze większą
petardą, a sobota... cóż, sobota miała być sobotą. Chmury, możliwy deszcz i
umiarkowane szanse na spektakularne widoki. Dlatego wieczorem ruszyliśmy do
Małej Fatry, gdzie noc spędziliśmy w naszym mini kamperze na parkingu pod
kolejką Vrátná – Chleb. Poranek rozpoczął się zgodnie z planem. A nawet lepiej.
Podczas śniadania rozłożyliśmy cały nasz turystyczny majdan. Stoliki, kubki,
kawa, kanapki, sprzęt fotograficzny i całą resztę gratów, które magicznym sposobem
zawsze mieszczą się w samochodzie. Przechodzący obok ludzie rzucali nam dość
osobliwe spojrzenia. Najwyraźniej nie wszyscy rozumieją ten specyficzny poranny
górski vibe. Ich strata. Zdążyliśmy nawet załapać się na pierwszy poranny
deszcz, ale ponieważ prognozy uparcie twierdziły, że najgorsze ma przyjść
dopiero między jedenastą a czternastą, postanowiliśmy zastosować plan emerycki.
Kupujemy bilet łączony na kolejki. Najpierw wjazd pod Wielki Krywań, później
zejście przez Chleb i Południowy Groń, a na końcu zjazd krzesełkiem Paseky.
Brzmi rozsądnie. Brzmi wygodnie. Brzmi dokładnie tak, jak powinno brzmieć
gospodarowanie siłami przez ludzi po całym dniu tatrzańskiej grani. Kilka minut
później kolejka wywozi nas około siedmiuset metrów wyżej. Kolana i uda wysyłają
oficjalne podziękowania. Wysiadamy. I wtedy naszym oczom ukazuje się... mleko.
Nie mgła. Nie chmury. Mleko. Tak gęste, że spokojnie można by je było spieniać cappuccino. Skoro już przy cappuccino jesteśmy, uznaliśmy, że warto
przeczekać. Zamówiliśmy kawę i rozpoczęliśmy rytuały odganiania chmur. Były
zaklęcia, prośby, negocjacje i prawdopodobnie kilka nieoficjalnych modlitw do
patrona górskich widoków. Bez skutku. Chmury miały własny plan. W tej sytuacji
odpuszczamy Wielki Krywań. Zdobywanie szczytu wyłącznie dla wpisu w
statystykach nigdy specjalnie mnie nie kręciło. Jeśli nie ma widoków, to połowa
sensu takiej wycieczki zwyczajnie znika. Ruszamy więc czerwonym szlakiem
graniowym w stronę Chleba. Widoków brak. Panoram brak. Dalekich obserwacji
brak. Momentami nie było widać nawet tego, co znajdowało się kilkadziesiąt
metrów przed nami. Szkoda tym bardziej, że doskonale pamiętałem tę trasę sprzed
kilkunastu lat. W głowie miałem obrazy rozległych panoram, a tymczasem
oglądaliśmy głównie różne odcienie szarości. Nosz kurcze. Nie tak to miało
wyglądać.
Znacznie bardziej niepokoiło mnie jednak coś innego. Żółty szlak schodzący z Południowego Gronia. Już wcześniej studiowałem mapę i naliczyłem tam około siedemdziesięciu zakosów. SIEDEMDZIESIĘCIU! W głowie miałem tylko jedną myśl: „Oby to nie były śliskie skały w takim mleku.” Powoli docieramy przez Steny na Południowy Groń. Tam jeszcze uzupełniamy wodę i rozpoczynam kolejną serię negocjacji z pogodą. Niestety. Po raz kolejny odpowiedź brzmi: odrzucono. Nie pozostaje nic innego jak rozpocząć zejście. Ku mojemu zaskoczeniu szlak okazuje się bardzo przyjemny. Podłoże jest wygodne, zakosy prowadzą łagodnie i bezpiecznie, a teren nie sprawia większych problemów. I wtedy wydarza się coś, co każdy turysta zna aż za dobrze. Mniej więcej w połowie zejścia zaczyna się przejaśniać. Potem wychodzi słońce. Potem chmury zaczynają się rozrywać. Potem pojawiają się widoki. Piękne widoki. Tylko że... my jesteśmy już jakieś dwieście metrów niżej. Naprawdę? Teraz? Po kilku godzinach marszu we mgle? Przez chwilę rozważaliśmy powrót, ale zdrowy rozsądek ostatecznie zwyciężył.
Niechętnie schodzimy dalej, obserwując jak góra, którą właśnie opuściliśmy, powoli odsłania swoje najładniejsze oblicze. Kiedy kończą się zakosy, zaczyna się prawdziwy test charakteru. Technicznie szlak nadal jest łatwy. Problem stanowi nachylenie. Długie. Jednostajne. Bez litości. Rozgrzane uda zaczynają wysyłać coraz bardziej dramatyczne komunikaty protestacyjne. Kolana również nie są zachwycone. Jedynym ratunkiem okazuje się chata pod Grúňem. A dokładniej stojące obok leżaki. I jeszcze dokładniej... duży kufel lodowatej Kofoli. Czyli tego, co od lat nazywam czarnym złotem Słowaków. Przez następną godzinę prowadzimy niezwykle wymagającą działalność turystyczną polegającą na leżeniu, popijaniu Kofoli i patrzeniu w niebo. I wiecie co? To był prawdopodobnie jeden z najlepszych fragmentów dnia. Na koniec pozostaje już tylko krótki spacer do górnej stacji kolejki, a następnie asfaltowy powrót do samochodu.
Podsumowując? Cieszę się, że słońce w końcu wyszło. Ale szczerze mówiąc, mniejszy ból sprawiłoby mi, gdyby przez całą wycieczkę było po prostu pochmurno. Widok gór odsłaniających się dokładnie wtedy, kiedy człowiek schodzi już do doliny, jest wyjątkowo skuteczną formą psychologicznej tortury. Na szczęście największy hit weekendu miał dopiero nadejść. Prognozy na niedzielę wyglądały znakomicie, a naszym celem miała być Siodełkowa Kopa w Tatrach. Wieczorem ruszamy więc do Szczyrbskiego Plesa, gdzie zamierzamy nabrać sił przed kolejnym dniem i odrobiną pozaszlakowego włóczenia się po górach.
A jak wiadomo – takie dni często okazują się najciekawsze.
Znacznie bardziej niepokoiło mnie jednak coś innego. Żółty szlak schodzący z Południowego Gronia. Już wcześniej studiowałem mapę i naliczyłem tam około siedemdziesięciu zakosów. SIEDEMDZIESIĘCIU! W głowie miałem tylko jedną myśl: „Oby to nie były śliskie skały w takim mleku.” Powoli docieramy przez Steny na Południowy Groń. Tam jeszcze uzupełniamy wodę i rozpoczynam kolejną serię negocjacji z pogodą. Niestety. Po raz kolejny odpowiedź brzmi: odrzucono. Nie pozostaje nic innego jak rozpocząć zejście. Ku mojemu zaskoczeniu szlak okazuje się bardzo przyjemny. Podłoże jest wygodne, zakosy prowadzą łagodnie i bezpiecznie, a teren nie sprawia większych problemów. I wtedy wydarza się coś, co każdy turysta zna aż za dobrze. Mniej więcej w połowie zejścia zaczyna się przejaśniać. Potem wychodzi słońce. Potem chmury zaczynają się rozrywać. Potem pojawiają się widoki. Piękne widoki. Tylko że... my jesteśmy już jakieś dwieście metrów niżej. Naprawdę? Teraz? Po kilku godzinach marszu we mgle? Przez chwilę rozważaliśmy powrót, ale zdrowy rozsądek ostatecznie zwyciężył.
Niechętnie schodzimy dalej, obserwując jak góra, którą właśnie opuściliśmy, powoli odsłania swoje najładniejsze oblicze. Kiedy kończą się zakosy, zaczyna się prawdziwy test charakteru. Technicznie szlak nadal jest łatwy. Problem stanowi nachylenie. Długie. Jednostajne. Bez litości. Rozgrzane uda zaczynają wysyłać coraz bardziej dramatyczne komunikaty protestacyjne. Kolana również nie są zachwycone. Jedynym ratunkiem okazuje się chata pod Grúňem. A dokładniej stojące obok leżaki. I jeszcze dokładniej... duży kufel lodowatej Kofoli. Czyli tego, co od lat nazywam czarnym złotem Słowaków. Przez następną godzinę prowadzimy niezwykle wymagającą działalność turystyczną polegającą na leżeniu, popijaniu Kofoli i patrzeniu w niebo. I wiecie co? To był prawdopodobnie jeden z najlepszych fragmentów dnia. Na koniec pozostaje już tylko krótki spacer do górnej stacji kolejki, a następnie asfaltowy powrót do samochodu.
Podsumowując? Cieszę się, że słońce w końcu wyszło. Ale szczerze mówiąc, mniejszy ból sprawiłoby mi, gdyby przez całą wycieczkę było po prostu pochmurno. Widok gór odsłaniających się dokładnie wtedy, kiedy człowiek schodzi już do doliny, jest wyjątkowo skuteczną formą psychologicznej tortury. Na szczęście największy hit weekendu miał dopiero nadejść. Prognozy na niedzielę wyglądały znakomicie, a naszym celem miała być Siodełkowa Kopa w Tatrach. Wieczorem ruszamy więc do Szczyrbskiego Plesa, gdzie zamierzamy nabrać sił przed kolejnym dniem i odrobiną pozaszlakowego włóczenia się po górach.
A jak wiadomo – takie dni często okazują się najciekawsze.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)