piątek, 10 lipca 2026

Trekking w krainie chrobotka i droga ku południu


Norwegia - Rondane Nasjonal Park

Pierwotny plan na końcówkę wyjazdu był znacznie ambitniejszy. Chcieliśmy zmierzyć się z jednym z najbardziej znanych szlaków w całej Norwegii – Besseggen. Ta legendarna grań w Parku Narodowym Jotunheimen każdego roku przyciąga dziesiątki tysięcy turystów. Największą atrakcją jest wąski odcinek grani oddzielający dwa jeziora o zupełnie różnych kolorach: błękitne Bessvatnet i zielonkawe Gjende. Widoki podobno są spektakularne, ale żeby na nie zasłużyć, trzeba pokonać trasę liczącą około 14 kilometrów i ponad 1100 metrów przewyższenia. Brzmi świetnie. Problem polegał na tym, że byliśmy już po dwóch tygodniach intensywnej podróży. Jeszcze kilka dni wcześniej podejścia rzędu 400–500 metrów potrafiły skutecznie przypomnieć nam o istnieniu mięśni, których normalnie się nie zauważa. Perspektywa ponad tysiąca metrów przewyższenia zaczęła więc wyglądać bardziej jak akt desperacji niż rozsądny plan. A skoro podróżowanie ma sprawiać przyjemność, a nie kończyć się ewakuacją ze szlaku, postanowiliśmy odpuścić. Besseggen cierpliwie poczeka. Kolejny punkt na listę „następnym razem”. Był niedzielny poranek, a do promu zostały nam jeszcze trzy dni. Oczywiście nie zamierzaliśmy spędzić ich wyłącznie za kierownicą. Po około trzech godzinach jazdy przyszedł moment ostatecznego pożegnania. Lucy i Ania odbiły w swoją stronę, a my ruszyliśmy dalej na południe. Po dwóch tygodniach wspólnego podróżowania było trochę dziwnie. Nagle ucichły rozmowy przez krótkofalówki, a drugi samochód przestał pojawiać się w lusterku. Wieczorem dotarliśmy do Otty – niewielkiego, ale ważnego komunikacyjnie miasteczka położonego u podnóża Parku Narodowego Rondane. To właśnie stąd wielu turystów rozpoczyna swoje przygody w najstarszym parku narodowym Norwegii, utworzonym już w 1962 roku. Na nocleg wybraliśmy Otta Camping. I tam spotkała nas jedna z tych podróżniczych historii, których nie da się zaplanować. Na kempingu poznaliśmy przemiłego Francuza mówiącego po polsku. Emerytowany podróżnik postanowił wykorzystać wolny czas w najlepszy możliwy sposób – wsiadł na rower w Bretanii i ruszył na północ Norwegii. Nie miał konkretnego celu ani sztywnego harmonogramu. Plan był prosty: Jechać tak długo, jak pozwolą siły. Przyznam, że trudno było nie poczuć odrobiny zazdrości. Następnego ranka po raz ostatni podczas tego wyjazdu założyliśmy górskie ubrania. Do plecaka trafiły świeże cynamonki, które przez ostatnie dni stały się niemal obowiązkowym elementem wyposażenia i ruszyliśmy w kierunku Rondane. Najpierw kilka serpentyn wyprowadziło nas do przysiółka Mysusæter, a następnie kolejne kilometry doprowadziły na parking Spranget. Znajdowaliśmy się na wysokości około 1100 metrów nad poziomem morza. To więcej niż przez większość całego wyjazdu. Od razu dało się odczuć zmianę temperatury. Po dwóch tygodniach spędzonych głównie w pobliżu morza chłodniejsze powietrze przypominało, że wróciliśmy w wyższe partie gór. Ubraliśmy na siebie wszystko, co wydawało się rozsądne i ruszyliśmy przed siebie. Naszym celem było schronisko Rondvassbu. Choć do pokonania mieliśmy zaledwie około 120 metrów przewyższenia, miejsce to jest niezwykle ważne dla wszystkich odwiedzających Rondane. Schronisko położone nad jeziorem Rondvatnet uznawane jest za serce całego parku narodowego. To właśnie stąd rozpoczynają się szlaki prowadzące na najwyższe szczyty masywu, między innymi Rondslottet (2178 m n.p.m.), Vinjeronden czy Storronden. W sezonie przewijają się tędy setki turystów, a Rondvassbu pełni rolę głównej bazy wypadowej dla miłośników górskich wędrówek. Nasza trasa nie należała jednak do wymagających. Całość prowadziła szeroką szutrową drogą, którą można pokonać bez większego wysiłku. Tym razem nie chodziło o zdobywanie kolejnych szczytów, lecz o spokojne pożegnanie z norweskimi górami. Rondane ma zupełnie inny charakter niż Lofoty. Nie ma tutaj strzelistych ścian wyrastających prosto z morza ani dramatycznych fiordów. Zamiast tego są ogromne przestrzenie, łagodne doliny i rozległe płaskowyże. Krajobraz sprawia wrażenie surowego, ale jednocześnie niezwykle harmonijnego. Szczególną uwagę zwracają porosty. Rondane słynie z ogromnych połaci chrobotka reniferowego, który miejscami tworzy niemal biało-szaro-żółte dywany pokrywające ziemię. To właśnie one stanowią jeden z podstawowych składników diety dziko żyjących reniferów, które do dziś można spotkać na terenie parku. Trasa mijała szybko, choć nisko zawieszone chmury skutecznie ograniczały widoczność. Wiedzieliśmy, że przy lepszej pogodzie panoramy byłyby znacznie bardziej imponujące. Nie przeszkadzało nam to jednak szczególnie. Najważniejszy był sam spacer i kawa. A przynajmniej tak nam się wydawało. Przez większość drogi żyliśmy wizją gorącej kawy wypitej w schronisku z widokiem na góry. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po dotarciu na miejsce okazało się, że wszystko jest zamknięte. Ani kawy, ani ciasta, ani nawet możliwości ponarzekania przy stoliku. Pozostało jedynie zrobić kilka zdjęć i zaakceptować fakt, że tym razem los nie był po naszej stronie. Może kiedyś wrócimy tutaj ponownie. I wtedy upragniona kawa będzie nam jadła z ręki (czy jakoś tak….). Powrót do samochodu przebiegł już sprawnie.






















Przed nami pozostawało jeszcze około 900 kilometrów do Karlskrony. Zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień. Postanowiliśmy więc jechać tak daleko, jak pozwoli czas i zmęczenie. Kilka godzin później przekroczyliśmy szwedzką granicę. To był moment, kiedy naprawdę poczuliśmy, że podróż zbliża się ku końcowi. Na noc zatrzymaliśmy się tuż za granicą, przy Dynekilen. To spokojne miejsce skrywa całkiem ciekawą historię. W lipcu 1716 roku rozegrała się tutaj bitwa morska pomiędzy flotą duńsko-norweską a szwedzkimi siłami króla Karola XII podczas wielkiej wojny północnej. Duńczykom udało się wówczas zniszczyć szwedzką flotyllę zaopatrzeniową, co znacząco utrudniło dalszą ofensywę wojsk szwedzkich w Norwegii. Dziś trudno uwierzyć, że spokojna zatoka, przy której szykowaliśmy się do snu, była kiedyś areną działań wojennych.



Tak właśnie zakończył się kolejny dzień naszej podróży. Jeden z ostatnich. A wizja, że następnego wieczoru zobaczymy już prom w Karlskronie, stawała się coraz bardziej realna. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)