Norwegia - Rondane Nasjonal Park
Pierwotny plan na końcówkę wyjazdu
był znacznie ambitniejszy. Chcieliśmy zmierzyć się z jednym z najbardziej
znanych szlaków w całej Norwegii – Besseggen. Ta legendarna grań w Parku
Narodowym Jotunheimen każdego roku przyciąga dziesiątki tysięcy turystów.
Największą atrakcją jest wąski odcinek grani oddzielający dwa jeziora o
zupełnie różnych kolorach: błękitne Bessvatnet i zielonkawe Gjende. Widoki
podobno są spektakularne, ale żeby na nie zasłużyć, trzeba pokonać trasę
liczącą około 14 kilometrów i ponad 1100 metrów przewyższenia. Brzmi świetnie. Problem
polegał na tym, że byliśmy już po dwóch tygodniach intensywnej podróży. Jeszcze
kilka dni wcześniej podejścia rzędu 400–500 metrów potrafiły skutecznie
przypomnieć nam o istnieniu mięśni, których normalnie się nie zauważa.
Perspektywa ponad tysiąca metrów przewyższenia zaczęła więc wyglądać bardziej
jak akt desperacji niż rozsądny plan. A skoro podróżowanie ma sprawiać
przyjemność, a nie kończyć się ewakuacją ze szlaku, postanowiliśmy odpuścić. Besseggen
cierpliwie poczeka. Kolejny punkt na listę „następnym razem”. Był niedzielny
poranek, a do promu zostały nam jeszcze trzy dni. Oczywiście nie zamierzaliśmy
spędzić ich wyłącznie za kierownicą. Po około trzech godzinach jazdy przyszedł
moment ostatecznego pożegnania. Lucy i Ania odbiły w swoją stronę, a my
ruszyliśmy dalej na południe. Po dwóch tygodniach wspólnego podróżowania było
trochę dziwnie. Nagle ucichły rozmowy przez krótkofalówki, a drugi samochód
przestał pojawiać się w lusterku. Wieczorem dotarliśmy do Otty – niewielkiego,
ale ważnego komunikacyjnie miasteczka położonego u podnóża Parku Narodowego
Rondane. To właśnie stąd wielu turystów rozpoczyna swoje przygody w najstarszym
parku narodowym Norwegii, utworzonym już w 1962 roku. Na nocleg wybraliśmy Otta
Camping. I tam spotkała nas jedna z tych podróżniczych historii, których nie da
się zaplanować. Na kempingu poznaliśmy przemiłego Francuza mówiącego po polsku.
Emerytowany podróżnik postanowił wykorzystać wolny czas w najlepszy możliwy
sposób – wsiadł na rower w Bretanii i ruszył na północ Norwegii. Nie miał
konkretnego celu ani sztywnego harmonogramu. Plan był prosty: Jechać tak długo,
jak pozwolą siły. Przyznam, że trudno było nie poczuć odrobiny zazdrości. Następnego
ranka po raz ostatni podczas tego wyjazdu założyliśmy górskie ubrania. Do
plecaka trafiły świeże cynamonki, które przez ostatnie dni stały się niemal
obowiązkowym elementem wyposażenia i ruszyliśmy w kierunku Rondane. Najpierw
kilka serpentyn wyprowadziło nas do przysiółka Mysusæter, a następnie kolejne
kilometry doprowadziły na parking Spranget. Znajdowaliśmy się na wysokości
około 1100 metrów nad poziomem morza. To więcej niż przez większość całego
wyjazdu. Od razu dało się odczuć zmianę temperatury. Po dwóch tygodniach
spędzonych głównie w pobliżu morza chłodniejsze powietrze przypominało, że
wróciliśmy w wyższe partie gór. Ubraliśmy na siebie wszystko, co wydawało się
rozsądne i ruszyliśmy przed siebie. Naszym celem było schronisko Rondvassbu. Choć
do pokonania mieliśmy zaledwie około 120 metrów przewyższenia, miejsce to jest
niezwykle ważne dla wszystkich odwiedzających Rondane. Schronisko położone nad
jeziorem Rondvatnet uznawane jest za serce całego parku narodowego. To właśnie
stąd rozpoczynają się szlaki prowadzące na najwyższe szczyty masywu, między
innymi Rondslottet (2178 m n.p.m.), Vinjeronden czy Storronden. W sezonie
przewijają się tędy setki turystów, a Rondvassbu pełni rolę głównej bazy
wypadowej dla miłośników górskich wędrówek. Nasza trasa nie należała jednak do
wymagających. Całość prowadziła szeroką szutrową drogą, którą można pokonać bez
większego wysiłku. Tym razem nie chodziło o zdobywanie kolejnych szczytów, lecz
o spokojne pożegnanie z norweskimi górami. Rondane ma zupełnie inny charakter
niż Lofoty. Nie ma tutaj strzelistych ścian wyrastających prosto z morza ani
dramatycznych fiordów. Zamiast tego są ogromne przestrzenie, łagodne doliny i
rozległe płaskowyże. Krajobraz sprawia wrażenie surowego, ale jednocześnie
niezwykle harmonijnego. Szczególną uwagę zwracają porosty. Rondane słynie z
ogromnych połaci chrobotka reniferowego, który miejscami tworzy niemal
biało-szaro-żółte dywany pokrywające ziemię. To właśnie one stanowią jeden z
podstawowych składników diety dziko żyjących reniferów, które do dziś można
spotkać na terenie parku. Trasa mijała szybko, choć nisko zawieszone chmury
skutecznie ograniczały widoczność. Wiedzieliśmy, że przy lepszej pogodzie
panoramy byłyby znacznie bardziej imponujące. Nie przeszkadzało nam to jednak
szczególnie. Najważniejszy był sam spacer i kawa. A przynajmniej tak nam się
wydawało. Przez większość drogi żyliśmy wizją gorącej kawy wypitej w schronisku
z widokiem na góry. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po dotarciu na miejsce
okazało się, że wszystko jest zamknięte. Ani kawy, ani ciasta, ani nawet
możliwości ponarzekania przy stoliku. Pozostało jedynie zrobić kilka zdjęć i
zaakceptować fakt, że tym razem los nie był po naszej stronie. Może kiedyś
wrócimy tutaj ponownie. I wtedy upragniona kawa będzie nam jadła z ręki (czy
jakoś tak….). Powrót do samochodu przebiegł już sprawnie.
Przed nami pozostawało jeszcze około 900 kilometrów do Karlskrony. Zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień. Postanowiliśmy więc jechać tak daleko, jak pozwoli czas i zmęczenie. Kilka godzin później przekroczyliśmy szwedzką granicę. To był moment, kiedy naprawdę poczuliśmy, że podróż zbliża się ku końcowi. Na noc zatrzymaliśmy się tuż za granicą, przy Dynekilen. To spokojne miejsce skrywa całkiem ciekawą historię. W lipcu 1716 roku rozegrała się tutaj bitwa morska pomiędzy flotą duńsko-norweską a szwedzkimi siłami króla Karola XII podczas wielkiej wojny północnej. Duńczykom udało się wówczas zniszczyć szwedzką flotyllę zaopatrzeniową, co znacząco utrudniło dalszą ofensywę wojsk szwedzkich w Norwegii. Dziś trudno uwierzyć, że spokojna zatoka, przy której szykowaliśmy się do snu, była kiedyś areną działań wojennych.
Tak właśnie zakończył się kolejny dzień naszej podróży. Jeden z ostatnich. A wizja, że następnego wieczoru zobaczymy już prom w Karlskronie, stawała się coraz bardziej realna.
Przed nami pozostawało jeszcze około 900 kilometrów do Karlskrony. Zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień. Postanowiliśmy więc jechać tak daleko, jak pozwoli czas i zmęczenie. Kilka godzin później przekroczyliśmy szwedzką granicę. To był moment, kiedy naprawdę poczuliśmy, że podróż zbliża się ku końcowi. Na noc zatrzymaliśmy się tuż za granicą, przy Dynekilen. To spokojne miejsce skrywa całkiem ciekawą historię. W lipcu 1716 roku rozegrała się tutaj bitwa morska pomiędzy flotą duńsko-norweską a szwedzkimi siłami króla Karola XII podczas wielkiej wojny północnej. Duńczykom udało się wówczas zniszczyć szwedzką flotyllę zaopatrzeniową, co znacząco utrudniło dalszą ofensywę wojsk szwedzkich w Norwegii. Dziś trudno uwierzyć, że spokojna zatoka, przy której szykowaliśmy się do snu, była kiedyś areną działań wojennych.
Tak właśnie zakończył się kolejny dzień naszej podróży. Jeden z ostatnich. A wizja, że następnego wieczoru zobaczymy już prom w Karlskronie, stawała się coraz bardziej realna.

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)