poniedziałek, 6 lipca 2026

Ostatni szczyt, ostatnia kolacja i ostatnia noc na Lofotach

 

 

Lofoty - Djevelporten

Plany na spędzenie ostatniego dnia na Lofotach zmieniały się kilka razy. Jak to zwykle bywa pod koniec wyjazdu, człowiek chciałby jeszcze zobaczyć wszystko, czego nie zdążył zobaczyć wcześniej, a jednocześnie znaleźć chwilę, by po prostu nacieszyć się miejscem przed wyjazdem. Ostatecznie dzień rozpoczynamy od wizyty w Henningsvær. Ta niewielka rybacka miejscowość nazywana jest często "Wenecją Lofotów", ponieważ rozciąga się na kilku połączonych mostami wysepkach. Jednak nas przyciągnęło tutaj coś zupełnie innego. Podobno najpiękniej położony stadion piłkarski na świecie. Zdjęcia wykonywane z drona rzeczywiście robią ogromne wrażenie. Boisko położone na niewielkiej skalistej wyspie, otoczone morzem, górami i rybacką zabudową wygląda jak kadr z filmu. Problem polega na tym, że stojąc na samej murawie, człowiek widzi głównie... murawę. Owszem, otoczenie jest malownicze, ale ten słynny efekt „wow” pozostaje zarezerwowany głównie dla ptaków i operatorów dronów. Nie zatrzymujemy się więc długo. Znacznie większe wrażenie robi kolejny punkt programu  Klatrekaféen. To właśnie tutaj trafiamy na najlepszą kawę całego wyjazdu i ciasto z rabarbarem. A konkurencja była naprawdę mocna. Przez chwilę rozważamy nawet zamówienie drugiej filiżanki wyłącznie po to, żeby upewnić się, czy pierwsza rzeczywiście była aż tak dobra – i była! Szkoda więc czasu na dalsze testy.










Przed nami jeszcze ostatnia górska przygoda na archipelagu. Ruszamy do Svolvær – nieformalnej stolicy Lofotów i największego miasta archipelagu. To właśnie stąd rozpoczynamy podejście do naszego ostatniego lofockiego celu – Djevelporten - czyli słynnej Diabelskiej Bramy. To jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w okolicach Svolvær. Pomiędzy dwoma stromymi skalnymi ścianami zaklinował się ogromny głaz, tworząc naturalny kamienny most zawieszony nad przepaścią - wygląda spektakularnie. A jeszcze bardziej spektakularnie prezentuje się na zdjęciach ludzi siedzących na jego środku. Pierwsza część szlaku prowadzi oczywiście po kamiennych schodach przygotowanych przez nepalskich budowniczych, podobnie jak na Reinebringen. I choć schodów jest tutaj znacznie mniej, przy pełnym słońcu dają nam się we znaki bardziej niż słynne niemal dwa tysiące stopni na Reinebringen. Może to kwestia temperatury, może zmęczenia po niemal dwóch tygodniach podróży, a może po prostu nasze nogi zaczynały wysyłać coraz wyraźniejsze sygnały, że urlop powoli powinien dobiegać końca. A jednak! To jest kwestia rwy kulszowej, która odebrała mi całą radość i chęci ze zdobywania „Bram Piekieł”. Wobec tego na końcowy fragment szlaku wybierają się nasze psiapsi z Norwegii. Ścieżka prowadzi przez strome, skaliste odcinki, gdzie momentami trzeba pomagać sobie rękami. W nagrodę z każdym metrem otwierają się coraz szersze panoramy okolicznych fiordów i gór. W końcu docierają do celu. Djevelporten rzeczywiście robi wrażenie. Przez chwilę rozważają wykonanie obowiązkowego zdjęcia na słynnym głazie. Problem polega na tym, że wiatr wiejący pomiędzy skalnymi ścianami ma w tej sprawie własne zdanie. I jest to zdanie bardzo stanowcze. Po krótkiej analizie sytuacji dochodzą do wniosku, że zdjęcie jest fajne, ale pozostanie przy życiu również ma swoje zalety.














Lucy rozsiada się wygodnie pod skałą i korzysta z chwili odpoczynku. Ania natomiast znika gdzieś w kierunku pobliskiego szczytu Fløya. Mija dziesięć minut, potem dwadzieścia, potem pół godziny. Można więc przypuszczać, że rekonesans zamienił się w pełnoprawną wycieczkę. Dowodów jednak brak. Nie istnieje ani jedno zdjęcie potwierdzające zdobycie szczytu. A jak wiadomo – czego nie ma na zdjęciu, tego nie było. Ania do dziś podtrzymuje swoją wersję wydarzeń. My pozostajemy umiarkowanie sceptyczni. Powrót przebiega już sprawnie. Perspektywa dobrej kolacji działa motywująco i znacznie skuteczniej niż jakiekolwiek oznaczenia szlaku.  A skoro to ostatni wieczór na Lofotach, postanawiamy zakończyć go epicko i kulinarnie. Nie mogliśmy przecież opuścić archipelagu bez spróbowania jednego z najbardziej charakterystycznych dań północnej Norwegii – słynnego Bacalao. Historia tej potrawy sięga czasów, gdy norweski suszony dorsz eksportowano na ogromną skalę do krajów południowej Europy, szczególnie do Portugalii i Hiszpanii. Z czasem przepis wrócił do Norwegii w nieco zmienionej formie i dziś stanowi jeden z lokalnych specjałów. To aromatyczny gulasz przygotowywany z suszonego i solonego dorsza, ziemniaków, pomidorów, czosnku, oliwek i przypraw. Przy wyborze restauracji korzystamy z polecenia i trafiamy do Bacalao w Svolvær. I zdecydowanie nie żałujemy danie okazuje się wyśmienite. Na tyle dobre, że natychmiast pojawia się refleksja, iż szkoda, że nie spróbowaliśmy go wcześniej w kilku innych miejscach w celu dokonania analizy porównawczej.


Wieczorem jesteśmy już wyraźnie zmęczeni. Prognozy zapowiadają nocne opady deszczu, dlatego tym razem wybieramy kemping, który zachęcił nas przede wszystkim malowniczym widokiem. Widok rzeczywiście był piękny, a samo miejsce.... cóż. Miało bardzo specyficzny klimat. Im bardziej zbliżał się wieczór, tym bardziej przypominał scenerię żywcem wyjętą z powieści Jo Nesbø. Nad okolicę napływały ciężkie chmury, światło stawało się coraz bardziej przygaszone, między budynkami pojawiały się dziwne cienie. A człowiek zaczynał się zastanawiać, jakie historie mogły wydarzyć się tutaj wcześniej i czy na pewno chce je poznać. Na szczęście rzeczywistość okazała się mniej kryminalna. Ania podjęła jeszcze ostatnią próbę zdobycia świeżej kolacji i ruszyła na połów niestety ryby tego wieczoru nie współpracowały lub bardziej chodziło o dobre zdjęcie – loża szyderców pozostała na brzegu i tak to sobie komentowała. Jak zdążyliśmy zaobserwować, znacznie łatwiej było wyłowić z wody schłodzoną puszkę piwa niż jakiegokolwiek dorsza.





I właśnie w takich okolicznościach minęła nam ostatnia noc na Lofotach. Z lekkim niedowierzaniem, że minęło już tyle dni. Z głowami pełnymi obrazów, które jeszcze długo miały wracać w rozmowach i ze świadomością, że pojutrze przyjdzie pora pożegnać miejsce, o którym marzyliśmy przez kilka ostatnich lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)