Lofoty - Djevelporten
Plany na spędzenie
ostatniego dnia na Lofotach zmieniały się kilka razy. Jak to zwykle bywa pod
koniec wyjazdu, człowiek chciałby jeszcze zobaczyć wszystko, czego nie zdążył
zobaczyć wcześniej, a jednocześnie znaleźć chwilę, by po prostu nacieszyć się
miejscem przed wyjazdem. Ostatecznie dzień rozpoczynamy od wizyty w
Henningsvær. Ta niewielka rybacka miejscowość nazywana jest często
"Wenecją Lofotów", ponieważ rozciąga się na kilku połączonych mostami
wysepkach. Jednak nas przyciągnęło tutaj coś zupełnie innego. Podobno
najpiękniej położony stadion piłkarski na świecie. Zdjęcia wykonywane z drona
rzeczywiście robią ogromne wrażenie. Boisko położone na niewielkiej skalistej
wyspie, otoczone morzem, górami i rybacką zabudową wygląda jak kadr z filmu. Problem
polega na tym, że stojąc na samej murawie, człowiek widzi głównie... murawę. Owszem,
otoczenie jest malownicze, ale ten słynny efekt „wow” pozostaje zarezerwowany
głównie dla ptaków i operatorów dronów. Nie zatrzymujemy się więc długo. Znacznie
większe wrażenie robi kolejny punkt programu – Klatrekaféen. To
właśnie tutaj trafiamy na najlepszą kawę całego wyjazdu i ciasto z rabarbarem. A
konkurencja była naprawdę mocna. Przez chwilę rozważamy nawet zamówienie
drugiej filiżanki wyłącznie po to, żeby upewnić się, czy pierwsza rzeczywiście
była aż tak dobra – i była! Szkoda więc czasu na dalsze testy.
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Przed nami
jeszcze ostatnia górska przygoda na archipelagu. Ruszamy do
Svolvær –
nieformalnej stolicy Lofotów i największego miasta archipelagu. To właśnie stąd
rozpoczynamy podejście do naszego ostatniego lofockiego celu –
Djevelporten - czyli
słynnej Diabelskiej Bramy. To jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w
okolicach
Svolvær. Pomiędzy dwoma stromymi skalnymi ścianami zaklinował się
ogromny głaz, tworząc naturalny kamienny most zawieszony nad przepaścią - wygląda
spektakularnie. A jeszcze bardziej spektakularnie prezentuje się na zdjęciach
ludzi siedzących na jego środku. Pierwsza część szlaku prowadzi oczywiście po
kamiennych schodach przygotowanych przez nepalskich budowniczych, podobnie jak
na
Reinebringen. I choć schodów jest tutaj znacznie mniej, przy pełnym słońcu
dają nam się we znaki bardziej niż słynne niemal dwa tysiące stopni na
Reinebringen. Może to kwestia temperatury, może zmęczenia po niemal dwóch
tygodniach podróży, a może po prostu nasze nogi zaczynały wysyłać coraz
wyraźniejsze sygnały, że urlop powoli powinien dobiegać końca. A jednak! To
jest kwestia rwy kulszowej, która odebrała mi całą radość i chęci ze zdobywania
„Bram Piekieł”. Wobec tego na końcowy fragment szlaku wybierają się nasze psiapsi
z Norwegii. Ścieżka prowadzi przez strome, skaliste odcinki, gdzie momentami
trzeba pomagać sobie rękami. W nagrodę z każdym metrem otwierają się coraz
szersze panoramy okolicznych fiordów i gór. W końcu docierają do celu.
Djevelporten
rzeczywiście robi wrażenie. Przez chwilę rozważają wykonanie obowiązkowego
zdjęcia na słynnym głazie. Problem polega na tym, że wiatr wiejący pomiędzy
skalnymi ścianami ma w tej sprawie własne zdanie. I jest to zdanie bardzo
stanowcze. Po krótkiej analizie sytuacji dochodzą do wniosku, że zdjęcie jest
fajne, ale pozostanie przy życiu również ma swoje zalety.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)



.jpg)
.jpg)



Lucy rozsiada się
wygodnie pod skałą i korzysta z chwili odpoczynku. Ania natomiast znika gdzieś
w kierunku pobliskiego szczytu
Fløya. Mija dziesięć minut, potem dwadzieścia, potem
pół godziny. Można więc przypuszczać, że rekonesans zamienił się w pełnoprawną
wycieczkę. Dowodów jednak brak. Nie istnieje ani jedno zdjęcie potwierdzające
zdobycie szczytu. A jak wiadomo – czego nie ma na zdjęciu, tego nie było. Ania
do dziś podtrzymuje swoją wersję wydarzeń. My pozostajemy umiarkowanie
sceptyczni. Powrót przebiega już sprawnie. Perspektywa dobrej kolacji działa
motywująco i znacznie skuteczniej niż jakiekolwiek oznaczenia szlaku.
A skoro to ostatni wieczór na Lofotach,
postanawiamy zakończyć go epicko i kulinarnie. Nie mogliśmy przecież opuścić
archipelagu bez spróbowania jednego z najbardziej charakterystycznych dań
północnej Norwegii
– słynnego Bacalao. Historia tej potrawy sięga czasów, gdy
norweski suszony dorsz eksportowano na ogromną skalę do krajów południowej
Europy, szczególnie do Portugalii i Hiszpanii. Z czasem przepis wrócił do
Norwegii w nieco zmienionej formie i dziś stanowi jeden z lokalnych specjałów. To
aromatyczny gulasz przygotowywany z suszonego i solonego dorsza, ziemniaków,
pomidorów, czosnku, oliwek i przypraw. Przy wyborze restauracji korzystamy z
polecenia i trafiamy do Bacalao w Svolvær. I zdecydowanie nie żałujemy – danie okazuje
się wyśmienite. Na tyle dobre, że natychmiast pojawia się refleksja, iż szkoda,
że nie spróbowaliśmy go wcześniej w kilku innych miejscach w celu dokonania
analizy porównawczej.
.jpg)
.jpg)
Wieczorem jesteśmy już wyraźnie zmęczeni. Prognozy
zapowiadają nocne opady deszczu, dlatego tym razem wybieramy kemping, który
zachęcił nas przede wszystkim malowniczym widokiem. Widok rzeczywiście był
piękny, a samo miejsce.... cóż. Miało bardzo specyficzny klimat. Im bardziej
zbliżał się wieczór, tym bardziej przypominał scenerię żywcem wyjętą z powieści
Jo Nesbø. Nad okolicę napływały ciężkie chmury, światło stawało się coraz
bardziej przygaszone, między budynkami pojawiały się dziwne cienie. A człowiek
zaczynał się zastanawiać, jakie historie mogły wydarzyć się tutaj wcześniej i
czy na pewno chce je poznać. Na szczęście rzeczywistość okazała się mniej
kryminalna. Ania podjęła jeszcze ostatnią próbę zdobycia świeżej kolacji i
ruszyła na połów
– niestety ryby tego wieczoru nie współpracowały lub
bardziej chodziło o dobre zdjęcie – loża szyderców pozostała na brzegu i tak to
sobie komentowała. Jak zdążyliśmy zaobserwować, znacznie łatwiej było wyłowić z
wody schłodzoną puszkę piwa niż jakiegokolwiek dorsza.
I właśnie w takich
okolicznościach minęła nam ostatnia noc na Lofotach. Z lekkim niedowierzaniem,
że minęło już tyle dni. Z głowami pełnymi obrazów, które jeszcze długo miały
wracać w rozmowach i ze świadomością, że pojutrze przyjdzie pora pożegnać
miejsce, o którym marzyliśmy przez kilka ostatnich lat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)