środa, 14 stycznia 2026

Błękitne niebo, lekcja geologii i zachód słońca na dachu Sudetów


Karkonosze - Śnieżka 1602 m.n.p.m.

Budzimy się kolejnego mroźnego poranka i już pierwszy rzut oka za okno powoduje zbiorowy uśmiech i ekstazę. Błękit nieba, zero chmur. Juppi. Już wiemy, że i ten dzień będzie wyśmienity, a prognozy — o dziwo — tym razem się sprawdzają. Przynajmniej na razie. Leniwie krzątamy się po pokoju, celebrując poranek jak ludzie, którzy nigdzie nie muszą się spieszyć. Śniadanie jemy bez presji, bo dzisiejszy dystans jest raczej z tych „dla przyjemności”, a nie „dla przetrwania”. Poza tym ciemno zrobi się dopiero około 17, więc czasu mamy w bród. No ale w końcu trzeba się ruszyć — teleportacji nadal nie wynaleziono, mimo że bardzo by się dziś przydała. Wychodzimy przed schronisko i natychmiast czuć, że jest rześko. Mróz szczypie, ale słońce miło ogrzewa pyski, więc ogólny bilans dnia wychodzi bardzo na plus. Wchodzimy na szlak i wyraźnie wydeptaną ścieżką kierujemy się w stronę Śnieżki. Jeszcze jej fizycznie nie widać, ale oczami wyobraźni już stoimy na szczycie i pozujemy do zdjęć. Trawersując zbocze Małego Szyszaka, wchodzimy w cień i momentalnie czujemy przyjemne szczypanie na policzkach. Nikt nie narzeka. Każdy jest szczęśliwy. Turystów — ilości śladowe. Góry są dziś nasze. W doskonałych humorach docieramy do formacji skalnych zwanych Słonecznikiem.
















Robimy krótką przerwę na klasyczne uzupełnianie płynów, a ja w tym czasie zaczynam rozkminiać, skąd właściwie na tych wysokościach wzięły się te fantazyjne skalne ostańce. I tu — zupełnie nieproszona, ale fascynująca — wjeżdża cała na biało geologia. Otóż Karkonosze zbudowane są głównie z granitu, który powstał w wyniku wtłaczania magmy głęboko pod powierzchnię Ziemi. Magma ostygła, skrystalizowała się i stworzyła masywny blok skalny. Przez miliony lat nadległe skały ulegały erozji, masyw był stopniowo wydźwignięty, aż granit znalazł się na powierzchni. Choć jest twardy, poddaje się wietrzeniu — a bardziej odporne fragmenty przetrwały, tworząc takie cuda jak Słonecznik, Pielgrzymy czy wczorajsze Trzy Świnki. Reszta ekipy kiwa głowami, prawdopodobnie bardziej z grzeczności niż z zainteresowania, ale ja czuję się mądrzejszy o jakieś pół punktu. Po kilkunastu minutach wygrzewania się w słońcu ruszamy dalej. Nadal idziemy w pełnym świetle, a Równia pod Śnieżką serwuje nam widoki na śnieżną pustynię, która wygląda jak kadr z filmu przyrodniczego albo reklamy sprzętu outdoorowego. Każdy z nas zachodzi w głowę, jak to możliwe, że natura potrafi być aż tak spektakularna.

















Jest jeszcze dość wcześnie, więc podejmujemy jedną z najlepszych decyzji dnia: lekko zbaczamy z trasy i idziemy na grzańca do Luční Bouda. Spędzamy tam kilkadziesiąt minut w błogim stanie półrozmarznięcia, po czym ruszamy Schusterovą Cestą w kierunku Śląskiego Domu.













Na miejscu odbieramy klucze, zostawiamy plecaki w pokoju i — już na lekko — atakujemy Śnieżkę. Przy kaplicy św. Wawrzyńca meldujemy się dosłownie w ostatniej chwili przed zachodem słońca. Zdjęcia, widoki, cisza, zachwyt… i oczywiście lekka głupawka, bo jak tu się nie cieszyć. Gdy słońce znika za horyzontem, temperatura spada niemal natychmiast, więc podejmujemy słuszną decyzję o zejściu. W raczkach, ostrożnie, tracimy wysokość po dość wywianym ze śniegu szlaku. Do schroniska wracamy już po ciemku. Wszyscy — razem i każdy z osobna — jesteśmy totalnie zadowoleni z tego dnia.
















Śląski Dom, jak to schronisko, jest mieszanką wszelkich typów turysty: są tacy, którzy przyszli tylko na piwo, są i tacy — jak my — dla których to przystanek przed kolejnym dniem przygody. A my kładziemy się spać z tym przyjemnym zmęczeniem i myślą, że jeśli jutro ma być ostatni dzień, to poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)