Mała Fatra - Chleb 1646 m.n.p.m.
Po piątkowym sukcesie na grani Brestowa – Pachoł
pozostawało tylko jedno pytanie: co zrobić z sobotą? Prognozy od początku nie
pozostawiały złudzeń. Piątek miał być petardą, niedziela jeszcze większą
petardą, a sobota... cóż, sobota miała być sobotą. Chmury, możliwy deszcz i
umiarkowane szanse na spektakularne widoki. Dlatego wieczorem ruszyliśmy do
Małej Fatry, gdzie noc spędziliśmy w naszym mini kamperze na parkingu pod
kolejką Vrátná – Chleb. Poranek rozpoczął się zgodnie z planem. A nawet lepiej.
Podczas śniadania rozłożyliśmy cały nasz turystyczny majdan. Stoliki, kubki,
kawa, kanapki, sprzęt fotograficzny i całą resztę gratów, które magicznym sposobem
zawsze mieszczą się w samochodzie. Przechodzący obok ludzie rzucali nam dość
osobliwe spojrzenia. Najwyraźniej nie wszyscy rozumieją ten specyficzny poranny
górski vibe. Ich strata. Zdążyliśmy nawet załapać się na pierwszy poranny
deszcz, ale ponieważ prognozy uparcie twierdziły, że najgorsze ma przyjść
dopiero między jedenastą a czternastą, postanowiliśmy zastosować plan emerycki.
Kupujemy bilet łączony na kolejki. Najpierw wjazd pod Wielki Krywań, później
zejście przez Chleb i Południowy Groń, a na końcu zjazd krzesełkiem Paseky.
Brzmi rozsądnie. Brzmi wygodnie. Brzmi dokładnie tak, jak powinno brzmieć
gospodarowanie siłami przez ludzi po całym dniu tatrzańskiej grani.
.jpg)
