Pieniny - Wysoki Wierch 898 m.n.p.m.
Po kolacji
czekało nas jeszcze sporo kilometrów do przejechania. Droga prowadziła krętą,
dobrze znaną mi „drogą wolności”, a że było już całkowicie ciemno, całą uwagę
skupiałem na kolejnych zakrętach. Oprócz asfaltu uważnie obserwowałem również
pobocza, bo nigdy nie wiadomo, czy jakiś jeleń, sarna albo inny przedstawiciel
lokalnej fauny nie postanowi przywitać się z maską samochodu w najmniej
odpowiednim momencie. Na szczęście obyło się bez takich atrakcji i późnym
wieczorem docieramy do miejsca noclegu. Tym razem wybór padł na sprawdzoną już
przez nas miejscówkę na szczycie Litwinki. Byliśmy tu wcześniej i doskonale
wiedzieliśmy, czego spodziewać się o poranku. A raczej – czego mieć nadzieję
się spodziewać. Natura nie zawiodła. Poranek przywitał nas dokładnie takimi
widokami, dla których warto czasem zrezygnować z wygód hotelowego łóżka. Tatry
prezentowały się majestatycznie, pierwsze promienie słońca leniwie oświetlały
okoliczne wzgórza, a kawa smakowała jak co najmniej z trzygwiazdkowej
restauracji. Choć podejrzewam, że połowę jej walorów smakowych stanowił po
prostu widok za oknem Maksa.
Dzisiejszy plan był znacznie spokojniejszy niż sobotnie harce po grani. Krótki spacer, za to długa podróż powrotna do domu. Idealny układ na zakończenie górskiego weekendu. Za cel wybieramy Wysoki Wierch w Pieninach. Byliśmy tam już kilka lat temu, ale tym razem postanowiliśmy podejść od południowej strony. Dojeżdżamy na Przełęcz pod Tokarnią, gdzie znajdujemy idealne miejsce na śniadanie. Kilka drewnianych ławek aż prosi się o rozłożenie prowiantu, więc posłusznie spełniamy ich życzenie.
Kiedy żołądki są już odpowiednio dopieszczone, a kubki smakowe usatysfakcjonowane kolejną porcją kawy, ruszamy w stronę widocznego przed nami szczytu. Od razu da się zauważyć różnicę względem wczorajszego dnia. Nie ma luźnych kamieni, osypujących się ścieżek ani nerwowego sprawdzania, czy następny krok nie zakończy się niekontrolowanym zjazdem kilka metrów w dół. Zamiast tego są miękkie pienińskie łąki, szerokie ścieżki i przyjemny teren, po którym maszeruje się niemal jak po dywanie. Aż chciałoby się powiedzieć, że spacer sam się robi. Słońce od rana pracowało jednak na pełnych obrotach. Termometr pokazywał zaledwie około dwudziestu stopni, ale wiatr najwyraźniej miał tego dnia wolne. Jego prędkość oscylowała w granicach imponujących 0 km/h, przez co promienie słoneczne skutecznie przypominały, że lato jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa.
Po około godzinie docieramy na szczyt. Wysoki Wierch po raz kolejny pokazuje, dlaczego jest jednym z najprzyjemniejszych punktów widokowych w tej części Pienin. Rozkładamy maty i przez dobrą godzinę oddajemy się jednej z moich ulubionych górskich aktywności – profesjonalnemu nicnierobieniu. Przed nami rozciąga się panorama Tatr. Jeszcze wczoraj byliśmy znacznie bliżej tych szczytów, dziś oglądamy je z oddali. Paradoksalnie właśnie taka perspektywa pozwala najlepiej docenić ich ogrom. Siedzimy więc, patrzymy, rozmawiamy i – jak zwykle w takich okolicznościach – snujemy plany kolejnych wyjazdów. Bo góry mają tę niezwykłą właściwość, że nawet będąc na szlaku, człowiek zaczyna myśleć o następnym.
W końcu przychodzi czas na powrót. Tą samą drogą schodzimy do samochodu, zamykając tym samym kolejny wspólny weekend w górach. Choć pierwotny plan zakładał zdobycie Kieżmara i spółki, wcale nie wracamy rozczarowani. Wręcz przeciwnie. Przez dwa dni udało się nacieszyć górami, złapać trochę słońca, nacieszyć oczy pięknymi widokami i po prostu dobrze spędzić czas. A Kieżmarski? Szczyty nigdzie się nie wybierają. Góry mają tę zaletę, że zazwyczaj cierpliwie czekają na kolejną wizytę. A niezrealizowane plany są przecież niczym innym jak gotowym pomysłem na następną wycieczkę. I kto wie... może nastąpi ona szybciej, niż się dziś wydaje.
Dzisiejszy plan był znacznie spokojniejszy niż sobotnie harce po grani. Krótki spacer, za to długa podróż powrotna do domu. Idealny układ na zakończenie górskiego weekendu. Za cel wybieramy Wysoki Wierch w Pieninach. Byliśmy tam już kilka lat temu, ale tym razem postanowiliśmy podejść od południowej strony. Dojeżdżamy na Przełęcz pod Tokarnią, gdzie znajdujemy idealne miejsce na śniadanie. Kilka drewnianych ławek aż prosi się o rozłożenie prowiantu, więc posłusznie spełniamy ich życzenie.
Kiedy żołądki są już odpowiednio dopieszczone, a kubki smakowe usatysfakcjonowane kolejną porcją kawy, ruszamy w stronę widocznego przed nami szczytu. Od razu da się zauważyć różnicę względem wczorajszego dnia. Nie ma luźnych kamieni, osypujących się ścieżek ani nerwowego sprawdzania, czy następny krok nie zakończy się niekontrolowanym zjazdem kilka metrów w dół. Zamiast tego są miękkie pienińskie łąki, szerokie ścieżki i przyjemny teren, po którym maszeruje się niemal jak po dywanie. Aż chciałoby się powiedzieć, że spacer sam się robi. Słońce od rana pracowało jednak na pełnych obrotach. Termometr pokazywał zaledwie około dwudziestu stopni, ale wiatr najwyraźniej miał tego dnia wolne. Jego prędkość oscylowała w granicach imponujących 0 km/h, przez co promienie słoneczne skutecznie przypominały, że lato jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa.
Po około godzinie docieramy na szczyt. Wysoki Wierch po raz kolejny pokazuje, dlaczego jest jednym z najprzyjemniejszych punktów widokowych w tej części Pienin. Rozkładamy maty i przez dobrą godzinę oddajemy się jednej z moich ulubionych górskich aktywności – profesjonalnemu nicnierobieniu. Przed nami rozciąga się panorama Tatr. Jeszcze wczoraj byliśmy znacznie bliżej tych szczytów, dziś oglądamy je z oddali. Paradoksalnie właśnie taka perspektywa pozwala najlepiej docenić ich ogrom. Siedzimy więc, patrzymy, rozmawiamy i – jak zwykle w takich okolicznościach – snujemy plany kolejnych wyjazdów. Bo góry mają tę niezwykłą właściwość, że nawet będąc na szlaku, człowiek zaczyna myśleć o następnym.
W końcu przychodzi czas na powrót. Tą samą drogą schodzimy do samochodu, zamykając tym samym kolejny wspólny weekend w górach. Choć pierwotny plan zakładał zdobycie Kieżmara i spółki, wcale nie wracamy rozczarowani. Wręcz przeciwnie. Przez dwa dni udało się nacieszyć górami, złapać trochę słońca, nacieszyć oczy pięknymi widokami i po prostu dobrze spędzić czas. A Kieżmarski? Szczyty nigdzie się nie wybierają. Góry mają tę zaletę, że zazwyczaj cierpliwie czekają na kolejną wizytę. A niezrealizowane plany są przecież niczym innym jak gotowym pomysłem na następną wycieczkę. I kto wie... może nastąpi ona szybciej, niż się dziś wydaje.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)