Tatry - Salatyn 2048 m.n.p.m.
Na ten weekend czekałem naprawdę długo. W Tatrach nie
byłem od dwóch lat, więc głód gór zdążył już osiągnąć poziom alarmowy.
Początkowo miał to być męski wypad z bratem, ale z różnych przyczyn Marek nie
mógł pojechać. Pogoda zapowiadała się wręcz podręcznikowo, więc szkoda byłoby
zmarnować taką okazję. Do wspólnej przygody zaprosiłem więc Barbórkę, która bez
większego namysłu zgodziła się towarzyszyć mi w powrocie na tatrzańskie szlaki.
W piątek po południu ruszamy z zamiarem noclegu w naszym niezawodnym Maksiu.
Celem jest parking pod Brestową. Na miejsce docieramy już po zmroku, ale taki
był plan. Żadnego zwiedzania, żadnych spacerów. Szybkie piwko, kilka słów o
jutrzejszej trasie i lulu. Sen przychodzi błyskawicznie. Rano budzimy się około
ósmej lekko zdziwieni, że parking zdążył już solidnie się zapełnić.
Najwyraźniej nie tylko my uznaliśmy, że warto wykorzystać piękną pogodę.
Szybkie śniadanie, obowiązkowa kawa, poranna logistyka i ruszamy... w stronę
kasy kolejki. No bo skoro istnieje możliwość podwiezienia się kilkaset metrów
wyżej, to dlaczego mielibyśmy udawać, że jesteśmy purystami górskimi? Około
dziesiątej rozpoczynamy właściwy trekking. Wbijamy się na zielony szlak, który
początkowo prowadzi całkiem przyjemnie i niezbyt stromo. Jak zwykle pierwsze
pół godziny marszu nie należy do moich ulubionych. Organizm jeszcze negocjuje
warunki współpracy, plecak szuka idealnej pozycji, a nogi przypominają sobie,
że dziś jednak nie będzie spaceru po galerii handlowej. Dopiero po pewnym
czasie łapię odpowiedni rytm. Po mniej więcej trzydziestu minutach zaczynają
się zakosy. Z ciekawości policzyłem je wcześniej na mapie – wyszło osiem. Nie
wiem, czy wszystkie pokonaliśmy zgodnie z planem, ale liczba wydaje się
zgadzać. Mniej więcej w połowie podejścia trafiamy na świetny punkt widokowy
wyposażony w lunetę. Krótka przerwa, kilka zdjęć i można ruszać dalej.
Po chwili osiągamy grań pomiędzy Brestową a Przednim Salatynem. Kilka minut odpoczynku, łyk wody i kierunek jest już tylko jeden – przed siebie. Dalsza część trasy prowadzi szeroką granią, a widoki z każdym krokiem robią się coraz lepsze. Pod samym szczytem Brestowej teren staje się jednak mniej przyjazny. Szlak jest mocno osypujący się, miejscami pełen luźnego żwiru, więc trzeba zwracać uwagę na każdy krok. Na szczęście ten fragment nie trwa długo.
Brestowa wynagradza cały wysiłek z nawiązką. Rozległe panoramy otaczających dolin i szczytów sprawiają, że człowiek od razu zapomina o wszystkich wcześniejszych narzekaniach. Przyglądamy się naszej dalszej drodze. Grań w stronę Salatynów prezentuje się wyjątkowo zachęcająco, więc decyzja może być tylko jedna – idziemy dalej. Najpierw jednak mały skok w bok na Małą Brestową.
Zejście z Brestowej na Przełęcz Parichvost wymaga nieco koncentracji. Trochę skał, trochę sypkiego podłoża i trochę ostrożności. Później znów wspinamy się po luźnym szlaku, gdzie przez dziesiątki lat turyści wydeptali kilka wariantów ścieżki. W pewnym momencie krajobraz zmienia się jednak na znacznie przyjemniejszy. Pojawia się wygodny teren, po którym można maszerować bez ciągłego patrzenia pod nogi. Odpoczywają zarówno stopy, jak i głowa.
W końcu docieramy na Salatyn – ten główny. To jedno z tych miejsc, gdzie aż chce się zostać dłużej. Dużo przestrzeni, miękka trawa, niewielu ludzi i przede wszystkim fantastyczna pogoda. Słońce grzeje, wiatr nie przeszkadza, a widoki robią swoje. Korzystamy więc z chwili i urządzamy sobie dłuższy postój. Po analizie sytuacji dochodzimy do wniosku, że dziś nie ma sensu gonić za kolejnymi kilometrami. Zamiast ambitnie pchać się dalej, postanawiamy wrócić tą samą drogą do kolejki. Ja wykorzystuję jeszcze okazję i podchodzę na Mały Salatyn, żeby rzucić okiem na dalszy przebieg grani w stronę Pachoła. Trzeba przecież zrobić rekonesans pod przyszłe wycieczki. Widoki pozwalają już wyobrazić sobie kolejną trasę, więc temat zostaje zapisany w głowie w kategorii „następnym razem”.
Powrót mija spokojnie i bez pośpiechu. W końcu docieramy do wyciągu, który wygodnie sprowadza nas z powrotem do rzeczywistości.
Dla zainteresowanych kilka informacji praktycznych. Kolejka kursuje w godzinach 7:00–17:00. Przejazd w obie strony kosztuje 12 euro, natomiast sam wjazd 10 euro. Parking za całą dobę kosztował nas 10 euro, co – zwłaszcza w porównaniu z cenami na Palenicy Białczańskiej – można uznać za ofertę niemal promocyjną. Po powrocie na parking schodzimy jeszcze do miejscowego baru, gdzie raczymy się dużym kuflem – jak to określiłem – czarnego złota. Oczywiście chodzi o Kofolę. Po całym dniu w słońcu smakuje niemal tak dobrze jak widoki z grani. Plan na kolejny dzień był ambitny. Zakładał wejście na Kieżmarski Szczyt I Rakuską Czubę, dlatego ruszamy w stronę Tatrzańskiej Łomnicy. Po drodze zatrzymujemy się jednak na zasłużoną kolację i właśnie tam nasze górskie plany przechodzą niespodziewaną metamorfozę. Ale o nich już w następnym wpisie.
Po chwili osiągamy grań pomiędzy Brestową a Przednim Salatynem. Kilka minut odpoczynku, łyk wody i kierunek jest już tylko jeden – przed siebie. Dalsza część trasy prowadzi szeroką granią, a widoki z każdym krokiem robią się coraz lepsze. Pod samym szczytem Brestowej teren staje się jednak mniej przyjazny. Szlak jest mocno osypujący się, miejscami pełen luźnego żwiru, więc trzeba zwracać uwagę na każdy krok. Na szczęście ten fragment nie trwa długo.
Brestowa wynagradza cały wysiłek z nawiązką. Rozległe panoramy otaczających dolin i szczytów sprawiają, że człowiek od razu zapomina o wszystkich wcześniejszych narzekaniach. Przyglądamy się naszej dalszej drodze. Grań w stronę Salatynów prezentuje się wyjątkowo zachęcająco, więc decyzja może być tylko jedna – idziemy dalej. Najpierw jednak mały skok w bok na Małą Brestową.
Zejście z Brestowej na Przełęcz Parichvost wymaga nieco koncentracji. Trochę skał, trochę sypkiego podłoża i trochę ostrożności. Później znów wspinamy się po luźnym szlaku, gdzie przez dziesiątki lat turyści wydeptali kilka wariantów ścieżki. W pewnym momencie krajobraz zmienia się jednak na znacznie przyjemniejszy. Pojawia się wygodny teren, po którym można maszerować bez ciągłego patrzenia pod nogi. Odpoczywają zarówno stopy, jak i głowa.
W końcu docieramy na Salatyn – ten główny. To jedno z tych miejsc, gdzie aż chce się zostać dłużej. Dużo przestrzeni, miękka trawa, niewielu ludzi i przede wszystkim fantastyczna pogoda. Słońce grzeje, wiatr nie przeszkadza, a widoki robią swoje. Korzystamy więc z chwili i urządzamy sobie dłuższy postój. Po analizie sytuacji dochodzimy do wniosku, że dziś nie ma sensu gonić za kolejnymi kilometrami. Zamiast ambitnie pchać się dalej, postanawiamy wrócić tą samą drogą do kolejki. Ja wykorzystuję jeszcze okazję i podchodzę na Mały Salatyn, żeby rzucić okiem na dalszy przebieg grani w stronę Pachoła. Trzeba przecież zrobić rekonesans pod przyszłe wycieczki. Widoki pozwalają już wyobrazić sobie kolejną trasę, więc temat zostaje zapisany w głowie w kategorii „następnym razem”.
Powrót mija spokojnie i bez pośpiechu. W końcu docieramy do wyciągu, który wygodnie sprowadza nas z powrotem do rzeczywistości.
Dla zainteresowanych kilka informacji praktycznych. Kolejka kursuje w godzinach 7:00–17:00. Przejazd w obie strony kosztuje 12 euro, natomiast sam wjazd 10 euro. Parking za całą dobę kosztował nas 10 euro, co – zwłaszcza w porównaniu z cenami na Palenicy Białczańskiej – można uznać za ofertę niemal promocyjną. Po powrocie na parking schodzimy jeszcze do miejscowego baru, gdzie raczymy się dużym kuflem – jak to określiłem – czarnego złota. Oczywiście chodzi o Kofolę. Po całym dniu w słońcu smakuje niemal tak dobrze jak widoki z grani. Plan na kolejny dzień był ambitny. Zakładał wejście na Kieżmarski Szczyt I Rakuską Czubę, dlatego ruszamy w stronę Tatrzańskiej Łomnicy. Po drodze zatrzymujemy się jednak na zasłużoną kolację i właśnie tam nasze górskie plany przechodzą niespodziewaną metamorfozę. Ale o nich już w następnym wpisie.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.png)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.png)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)