wtorek, 30 czerwca 2026

Reinebringen – schody do jednej z najpiękniejszych panoram świata

 

Lofoty - Reinebringen 448 m.n.p.m.
Sobota była naszym czwartym dniem na Lofotach. I właśnie na ten dzień zaplanowaliśmy wejście na Reinebringen – szczyt, który dla wielu turystów jest niemal obowiązkowym punktem wizyty na archipelagu. To jedno z tych miejsc, które widzi się na setkach zdjęć jeszcze przed przyjazdem. Charakterystyczna panorama Reine, rozsypanych po morzu wysepek i otaczających je szczytów jest prawdopodobnie najczęściej fotografowanym widokiem na całych Lofotach. Dlatego od początku wiedzieliśmy jedno. Na Reinebringen nie wchodzi się przy byle jakiej pogodzie. A pogoda od samego rana próbowała nas przekonać, że może jednak warto zostać na campingu. Wiatr szalał z zaangażowaniem. Podmuchy momentami przypominały bardziej próbę przestawienia człowieka w inne miejsce niż zwykły morski wiaterek. Tym razem wykazaliśmy się jednak zaskakującą dawką rozsądku. Zamiast pędzić na szlak od samego rana, postanowiliśmy poczekać. W końcu czerwiec na Lofotach ma swoje prawa. Tutaj dzień trwa praktycznie całą dobę. A skoro dzień się nie kończy, to po co się spieszyć? „Do zachodu zdążymy.” To zdanie bardzo szybko stało się jednym z naszych wyjazdowych sloganów. Problem polegał tylko na tym, że zachód słońca był tutaj raczej pojęciem teoretycznym. Czas pomiędzy pobudką a wyjazdem zagospodarowaliśmy więc w trybie slow. Był spacer po plaży, było długie śniadanie, było obserwowanie fal rozbijających się o brzeg. Były wszystkie te drobne campingowe czynności, na które podczas codziennego życia zwykle nie ma czasu. I właśnie w takich chwilach człowiek zaczyna naprawdę czuć wakacje.













Dopiero po południu, a raczej po 15-tej ruszyliśmy do Reine. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze lokalną kawiarnię. Przed nami było przecież prawie dwa tysiące schodów. A skoro nogi miały pracować przez najbliższą godzinę, to wypadało wcześniej odpowiednio pobudzić mózgi. Kiedy kubki opustoszały, nie było już wymówek. Reinebringen wznosi się na wysokość około 448 metrów nad poziomem morza i jeszcze kilka lat temu słynął przede wszystkim z bardzo stromego, błotnistego i miejscami niebezpiecznego podejścia. Rosnąca liczba turystów zaczęła jednak powodować erozję zbocza, dlatego w latach 2016–2019 nepalscy specjaliści od budowy górskich ścieżek stworzyli tutaj kamienne schody. I nie były to byle jakie schody. Na trasie znajduje się dokładnie 1978 stopni. Brzmi niewinnie, do momentu, gdy trzeba przejść każdy z nich. Początek szlaku szybko podnosi tętno. Schody pną się niemal bez wytchnienia, a z każdym kolejnym zakrętem panorama staje się coraz bardziej imponująca.







Po chwili za plecami zostaje początek szlaku. Coraz wyżej pod nami rozciąga się droga prowadząca w stronę Moskenes, a charakterystyczna nitka kamiennych schodów wije się po stromym zboczu niczym górski wąż. Z każdym kolejnym metrem wysokości coraz lepiej widać otaczające góry i morze, które stopniowo odsłaniają swój surowy, lofocki charakter. A później człowiek przestaje liczyć kolejne stopnie i zaczyna po prostu chłonąć widoki. Bo właśnie dla nich przyjeżdżają tutaj ludzie z całego świata. Ze szczytu rozciąga się panorama, która trudno porównać z czymkolwiek innym. W dole leży Reine niczym miniaturowa makieta. Turkusowe zatoki wciskają się pomiędzy skaliste wyspy. Mosty wyglądają jak cienkie nitki rozciągnięte nad wodą. W oddali wyrastają kolejne szczyty, a pomiędzy nimi rozsypane są dziesiątki mniejszych wysp tworzących prawdziwy labirynt lądu i morza. Patrząc z góry można odnieść wrażenie, że ktoś stworzył ten krajobraz specjalnie na potrzeby pocztówek. Na szczycie spędziliśmy znacznie więcej czasu niż zakładaliśmy.










Były zdjęcia, dużo zdjęć. Było podziwianie widoków, było siedzenie bez słowa i zwykłe patrzenie przed siebie. A przede wszystkim było to przyjemne uczucie, że nigdzie nie trzeba się spieszyć. W końcu zmrok i tak nie zamierzał nadejść. Kiedy większość turystów ograniczała się do głównego punktu widokowego, mnie i Anię ciągnęło jeszcze trochę wyżej. Za właściwym szczytem prowadziła wąska, miejscami eksponowana grań biegnąca w kierunku wyższego, nienazwanego wierzchołka. I właśnie tam postanowiliśmy się wybrać. To było dokładnie to, czego brakowało nam od początku wyjazdu. Trochę tatrzańskiego klimatu, trochę zabawy z terenem, trochę górskiego off-roadu. Wąska ścieżka, skalne fragmenty i większa ekspozycja sprawiły, że przez chwilę mogliśmy poczuć się jak na jednej z tatrzańskich grani. A przy okazji był to całkiem przyjemny bonus po niezdobytym kilka dni wcześniej Munkenie. Każda góra ma przecież swój czas.













W końcu jednak przyszło zmierzyć się z najtrudniejszym odcinkiem tego dnia - zejściem. I to właśnie wtedy okazało się, że blisko dwa tysiące schodów wygląda znacznie mniej przyjaźnie z góry niż z dołu. Podczas podejścia człowiek walczy głównie z oddechem. Podczas zejścia zaczynają protestować wszystkie pozostałe części organizmu. Kolana, łydki, uda i kilka mięśni, o których istnieniu zwykle nawet nie pamiętamy. Mniej więcej wtedy zaczęło pojawiać się również nieprzyjemne uczucie rwy kulszowej. Na początku było niewinne. Taki mały sygnał ostrzegawczy. Jak się później okazało, miał mi towarzyszyć już do końca wyjazdu. Wieczorem wróciliśmy na ten sam kemping. Po intensywnym dniu nie potrzebowaliśmy już żadnych atrakcji. Wystarczyła zielona trawa, szum fal Morza Norweskiego i świadomość, że właśnie zobaczyliśmy jeden z najbardziej spektakularnych widoków całej wyprawy. Leżąc na kocach, obserwowaliśmy jasne północne niebo i góry powoli zanurzające się w miękkim świetle arktycznego wieczoru. A właściwie czegoś, co na Lofotach o tej porze tylko umownie można nazwać wieczorem.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)