Lofoty - Munkebu
Czwartkowy poranek na Lofotach
przywitał nas dokładnie tak, jak powinien przywitać ludzi wybierających się na
dwudniowy trekking. Była kawa, było śniadanie, była ekscytacja. I były plecaki,
które jakimś cudem ważyły znacznie więcej niż podczas pakowania. Namioty,
śpiwory, zapasy jedzenia, dodatkowe ubrania i kilka litrów wody skutecznie
przypominały nam przy każdym kroku, że przez najbliższe dwa dni cały nasz
dobytek będziemy nieść na własnych plecach. Dzięki temu, że dysponowaliśmy
dwoma samochodami, mogliśmy zaplanować trasę bez konieczności wracania tą samą
drogą. To ogromna wygoda na Lofotach, gdzie wiele najciekawszych szlaków ma
charakter przejściowy. Naszą przygodę rozpoczynamy w Sørvågen. A cel to Munken
– szczyt wznoszący się na wysokość 770 metrów nad poziomem morza. Brzmi
niewinnie, zwłaszcza gdy człowiek siedzi jeszcze przy kawie. Początkowo szlak
prowadzi szeroką, wygodną ścieżką łagodnie wspinającą się ponad zabudowania
miejscowości. Słońce przyjemnie grzeje, lekki wiatr przynosi ulgę, a otaczające
krajobrazy sprawiają, że co chwilę zatrzymujemy się na zdjęcia. Dość szybko
przekonujemy się jednak, że norweskie szlaki rządzą się własnymi prawami. Na
próżno szukać tutaj kolorowych oznaczeń znanych z polskich gór. Nie ma słupków,
drogowskazów ani wyraźnych znaków prowadzących za rękę od jednego punktu do
drugiego. Często jedyną wskazówką jest wydeptana ścieżka, która po chwili
rozdziela się na kilka kolejnych. A potem na kilka następnych…i jeszcze kilka. W
efekcie człowiek zaczyna bardziej ufać mapie niż własnej intuicji. Przy
jeziorze Stuvdalsvatnet stajemy przed pierwszą poważniejszą decyzją. Do wyboru
mamy dwa warianty trasy. Wybieramy ten prowadzący w prawo. Jak się później
okazało, była to jedna z najlepszych decyzji tego dnia. Bo właśnie wtedy
zaczęła się prawdziwa przygoda. Przed nami wyrasta strome, niemal dwustumetrowe
podejście przez las. Szlak prowadzi przez błotniste fragmenty, mokre trawy i
miejsca, gdzie trzeba przeciskać się pomiędzy powalonymi drzewami. Chwilami
bardziej przypomina to eksplorację dzikiego terenu niż klasyczną górską
wędrówkę. Pot spływa po plecach, plecaki ciągną ku ziemi, a wysokość zdobywa
się zdecydowanie wolniej, niż wskazywałyby na to cyfry na mapie.
W końcu wychodzimy na przełęcz i wtedy wszystko staje się jasne. Wystarczy jeden rzut oka, by zapomnieć o wcześniejszym wysiłku. Przed nami rozciąga się jezioro Moskenesvatnet, a wokół niego krajobraz, który trudno opisać jednym słowem. To nie są góry łagodne, to nie są góry przyjazne. To góry spektakularne. Strzeliste granitowe szczyty wyrastają niemal pionowo z dolin i jezior. Niektóre wciąż noszą resztki śnieżnych czap, które mimo początku czerwca nie zamierzają jeszcze ustąpić miejsca latu. Z licznych żlebów spływają wodospady zasilane topniejącym śniegiem, a pomiędzy skalnymi ścianami połyskują dziesiątki jezior rozrzuconych niczym lustra. Patrząc na ten krajobraz trudno oprzeć się wrażeniu, że natura na Lofotach postanowiła wykorzystać wszystkie swoje najlepsze pomysły jednocześnie.
Robimy dłuższą przerwę. Siedzimy w ciszy, podziwiając widoki i obserwując niebo. Niestety zaczyna się ono powoli zmieniać. Nie są to jeszcze groźne chmury deszczowe, ale coraz większe zachmurzenie wyraźnie sugeruje, że pogoda zaczyna przygotowywać dla nas nowy scenariusz. Dalsza część trasy zmienia charakter. Skały pozostają po drugiej stronie doliny, a my wchodzimy w teren przypominający nieco zachodnią część Tatr. Jest więcej trawiastych zboczy, łagodniejszych formacji i rozległych przestrzeni. Po drodze spotykamy dwie turystki wracające z góry. Nie mają dla nas najlepszych informacji. Według nich wyżej zalega jeszcze sporo śniegu i lodu, a dotarcie na szczyt może być bardzo trudne. Jednocześnie potwierdzają, że wybrany przez nas wariant podejścia był zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Przez kolejną godzinę trawersujemy zbocza Merraflestinden. To jeden z tych odcinków, które mogłyby ciągnąć się bez końca. Wędrówka jest przyjemna, widoki fantastyczne, a przed nami coraz wyraźniej rysują się monumentalne ściany Munkena. Szczyt wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać cel ambitnego trekkingu: imponująco i odrobinę groźnie.
Ostatni odcinek do chatki DNT Munkebu okazuje się jednak prawdziwym sprawdzianem charakteru. Lód, kamienie, topniejące płaty śniegu ukrywające nierówności terenu, czyli labirynt przejść, które wymagają pełnego skupienia. Pięciokilometrowy szlak, który według planu miał zająć około trzech godzin, pochłania niemal dwa razy więcej czasu. Kiedy docieramy do nieczynnej chatki Munkebu, jesteśmy zwyczajnie wyczerpani. Rozsiadamy się na drewnianym tarasie. Patrzymy na góry, patrzymy na siebie i dochodzimy do wspólnego wniosku. Munken tego dnia najprawdopodobniej wygrał. Po godzinie odpoczynku rozpoczynamy poszukiwania miejsca pod obóz. Zadanie okazuje się znacznie trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Topniejący śnieg zamienił większość płaskich fragmentów terenu w rozległe mokradła. Kilka potencjalnie idealnych miejsc po bliższych oględzinach okazuje się jednym wielkim bagnem. W końcu znajdujemy to właściwe. Niewielki taras około 250 metrów ponad taflą jeziora Tennesvatnet. Idealnie mieszczą się tutaj dwa namioty. A widok? Widok jest jednym z tych, które zostają w pamięci na lata. Daleko w dole połyskuje jezioro. Wokół wyrastają poszarpane szczyty odbijające się w spokojnej wodzie. W oddali widać kolejne pasma górskie, a pomiędzy nimi srebrne nitki wodospadów spływających ku dolinom. Po otwarciu namiotu naszym głównym sąsiadem zostaje najwyższy szczyt Zachodnich Lofotów – Hermannsdalstinden. Szybko otrzymuje od nas znacznie prostsze imię: „Herman”. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że przez resztę wyjazdu będzie regularnie pojawiał się w naszych rozmowach, wspomnieniach i żartach.
Wieczór przynosi zmianę pogody. Temperatura spada, wiatr przybiera na sile, a namioty zaczynają coraz wyraźniej przypominać o swojej obecności charakterystycznym łopotaniem materiału. Postanawiam wykorzystać wolny czas konstruktywnie. Skoro nie mogę wpłynąć na pogodę, mogę przynajmniej spróbować wpłynąć na wiatr. Powstaje więc kamienny murek ochronny. Jego skuteczność pozostanie zapewne przedmiotem debat jeszcze przez wiele lat, ale na stan psychiki działał znakomicie. A czasami to właśnie psychika jest najważniejsza. Kładziemy się spać z nadzieją, że rano wiatr odpuści. Nie odpuścił. Kiedy budzimy się następnego dnia, krajobraz nadal zachwyca, ale pogoda wyraźnie sugeruje, że czas zacząć myśleć o odwrocie. Jeszcze przez chwilę liczymy na rozpogodzenie i spokojną kawę z widokiem na góry, a może szczytowanie? To jednak nie następuje. Rozsądek wygrywa z ambicją. Powoli zwijamy obóz i schodzimy w kierunku Munkebu, gdzie przy chatce spożywamy śniadanie.
Nie możemy jednak pozwolić sobie na długie celebrowanie poranka. Przed nami długa droga powrotna. Teren jest mokry, miejscami grząski, a ciężkie plecaki wcale nie stały się lżejsze przez noc. Dziewczyny co jakiś czas śmieją się, że poruszamy się ścieżką widoczną wyłącznie dla mnie. Patrząc na mapę i otaczający teren, momentami sam zaczynam mieć podobne wątpliwości. Kilka godzin później docieramy do samochodów.
Zmęczeni, mocno zmęczeni, ale szczęśliwi. Bo choć szczyt pozostał niezdobyty, przywieźliśmy ze sobą coś znacznie cenniejszego: nowe doświadczenia i pierwszą prawdziwą górską przygodę na Lofotach. To był też dzień, w którym stwierdziliśmy, że plan na dwa szczyty dziennie, trzeba będzie odłożyć na wieczne kiedy indziej. A nagroda? Była dokładnie taka, jakiej potrzebowaliśmy. Nocleg na Lofoten Beach Camp tuż przy plaży, gorący prysznic, butelka piątkowego Fredaga i kolacja o smaku norweskiego grilla – coś pięknego.
Te dwa dni to nie tylko doznania ekstatyczne i epikurejskie, ale także zacieśnienie naszej przyjaźni. Pomocna dłoń w górach i towarzystwo – nic dodać nic ująć.
W końcu wychodzimy na przełęcz i wtedy wszystko staje się jasne. Wystarczy jeden rzut oka, by zapomnieć o wcześniejszym wysiłku. Przed nami rozciąga się jezioro Moskenesvatnet, a wokół niego krajobraz, który trudno opisać jednym słowem. To nie są góry łagodne, to nie są góry przyjazne. To góry spektakularne. Strzeliste granitowe szczyty wyrastają niemal pionowo z dolin i jezior. Niektóre wciąż noszą resztki śnieżnych czap, które mimo początku czerwca nie zamierzają jeszcze ustąpić miejsca latu. Z licznych żlebów spływają wodospady zasilane topniejącym śniegiem, a pomiędzy skalnymi ścianami połyskują dziesiątki jezior rozrzuconych niczym lustra. Patrząc na ten krajobraz trudno oprzeć się wrażeniu, że natura na Lofotach postanowiła wykorzystać wszystkie swoje najlepsze pomysły jednocześnie.
Robimy dłuższą przerwę. Siedzimy w ciszy, podziwiając widoki i obserwując niebo. Niestety zaczyna się ono powoli zmieniać. Nie są to jeszcze groźne chmury deszczowe, ale coraz większe zachmurzenie wyraźnie sugeruje, że pogoda zaczyna przygotowywać dla nas nowy scenariusz. Dalsza część trasy zmienia charakter. Skały pozostają po drugiej stronie doliny, a my wchodzimy w teren przypominający nieco zachodnią część Tatr. Jest więcej trawiastych zboczy, łagodniejszych formacji i rozległych przestrzeni. Po drodze spotykamy dwie turystki wracające z góry. Nie mają dla nas najlepszych informacji. Według nich wyżej zalega jeszcze sporo śniegu i lodu, a dotarcie na szczyt może być bardzo trudne. Jednocześnie potwierdzają, że wybrany przez nas wariant podejścia był zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Przez kolejną godzinę trawersujemy zbocza Merraflestinden. To jeden z tych odcinków, które mogłyby ciągnąć się bez końca. Wędrówka jest przyjemna, widoki fantastyczne, a przed nami coraz wyraźniej rysują się monumentalne ściany Munkena. Szczyt wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać cel ambitnego trekkingu: imponująco i odrobinę groźnie.
Ostatni odcinek do chatki DNT Munkebu okazuje się jednak prawdziwym sprawdzianem charakteru. Lód, kamienie, topniejące płaty śniegu ukrywające nierówności terenu, czyli labirynt przejść, które wymagają pełnego skupienia. Pięciokilometrowy szlak, który według planu miał zająć około trzech godzin, pochłania niemal dwa razy więcej czasu. Kiedy docieramy do nieczynnej chatki Munkebu, jesteśmy zwyczajnie wyczerpani. Rozsiadamy się na drewnianym tarasie. Patrzymy na góry, patrzymy na siebie i dochodzimy do wspólnego wniosku. Munken tego dnia najprawdopodobniej wygrał. Po godzinie odpoczynku rozpoczynamy poszukiwania miejsca pod obóz. Zadanie okazuje się znacznie trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Topniejący śnieg zamienił większość płaskich fragmentów terenu w rozległe mokradła. Kilka potencjalnie idealnych miejsc po bliższych oględzinach okazuje się jednym wielkim bagnem. W końcu znajdujemy to właściwe. Niewielki taras około 250 metrów ponad taflą jeziora Tennesvatnet. Idealnie mieszczą się tutaj dwa namioty. A widok? Widok jest jednym z tych, które zostają w pamięci na lata. Daleko w dole połyskuje jezioro. Wokół wyrastają poszarpane szczyty odbijające się w spokojnej wodzie. W oddali widać kolejne pasma górskie, a pomiędzy nimi srebrne nitki wodospadów spływających ku dolinom. Po otwarciu namiotu naszym głównym sąsiadem zostaje najwyższy szczyt Zachodnich Lofotów – Hermannsdalstinden. Szybko otrzymuje od nas znacznie prostsze imię: „Herman”. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że przez resztę wyjazdu będzie regularnie pojawiał się w naszych rozmowach, wspomnieniach i żartach.
Wieczór przynosi zmianę pogody. Temperatura spada, wiatr przybiera na sile, a namioty zaczynają coraz wyraźniej przypominać o swojej obecności charakterystycznym łopotaniem materiału. Postanawiam wykorzystać wolny czas konstruktywnie. Skoro nie mogę wpłynąć na pogodę, mogę przynajmniej spróbować wpłynąć na wiatr. Powstaje więc kamienny murek ochronny. Jego skuteczność pozostanie zapewne przedmiotem debat jeszcze przez wiele lat, ale na stan psychiki działał znakomicie. A czasami to właśnie psychika jest najważniejsza. Kładziemy się spać z nadzieją, że rano wiatr odpuści. Nie odpuścił. Kiedy budzimy się następnego dnia, krajobraz nadal zachwyca, ale pogoda wyraźnie sugeruje, że czas zacząć myśleć o odwrocie. Jeszcze przez chwilę liczymy na rozpogodzenie i spokojną kawę z widokiem na góry, a może szczytowanie? To jednak nie następuje. Rozsądek wygrywa z ambicją. Powoli zwijamy obóz i schodzimy w kierunku Munkebu, gdzie przy chatce spożywamy śniadanie.
Nie możemy jednak pozwolić sobie na długie celebrowanie poranka. Przed nami długa droga powrotna. Teren jest mokry, miejscami grząski, a ciężkie plecaki wcale nie stały się lżejsze przez noc. Dziewczyny co jakiś czas śmieją się, że poruszamy się ścieżką widoczną wyłącznie dla mnie. Patrząc na mapę i otaczający teren, momentami sam zaczynam mieć podobne wątpliwości. Kilka godzin później docieramy do samochodów.
Zmęczeni, mocno zmęczeni, ale szczęśliwi. Bo choć szczyt pozostał niezdobyty, przywieźliśmy ze sobą coś znacznie cenniejszego: nowe doświadczenia i pierwszą prawdziwą górską przygodę na Lofotach. To był też dzień, w którym stwierdziliśmy, że plan na dwa szczyty dziennie, trzeba będzie odłożyć na wieczne kiedy indziej. A nagroda? Była dokładnie taka, jakiej potrzebowaliśmy. Nocleg na Lofoten Beach Camp tuż przy plaży, gorący prysznic, butelka piątkowego Fredaga i kolacja o smaku norweskiego grilla – coś pięknego.
Te dwa dni to nie tylko doznania ekstatyczne i epikurejskie, ale także zacieśnienie naszej przyjaźni. Pomocna dłoń w górach i towarzystwo – nic dodać nic ująć.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)