Madera - Camara de Lobos, Cabo Girao, Ponta do Pargo
Niedziela dzień Pański. Chętni udają się do małego kościółka, znajdującego
się powyżej naszego domu. Prowadzi do niego bardzo stroma droga. Po fakcie podobno
najbardziej strome podejście w ciągu całego wyjazdu. Po pięciu dniach
intensywnego łażenia przydałby się jakiś reset. Z drugiej strony szkoda dobrych
prognoz, więc skoro było coś dla duszy musi być też coś dla ciała. Będzie to
nasz taki aktywny wypoczynek. Ze względu na niezbyt wczesną porę wybieramy mały
city break. Jedziemy do Câmara de Lobos, które jest
głównym portem rybackim Madery. Tą osadę rybacką odkrył João Gonçalves
Zarco, który był zachwycony widokiem fok morskich na nabrzeżu i tak właśnie
nazwał tą miejscowość, co dosłownie oznacza „Komnatę Fok”. Tak samo zachwycony
tym miastem był Winston Churchill, który w połowie XX wieku odwiedził wyspę w
poszukiwaniu malarskich inspiracji. Powinno podobać się i nam. Po
kilkudziesięciu minutach jazdy parkujemy na jednym z podziemnych parkingów i
ruszamy pełni nadziei na wspaniałe widoki. Nasze pierwsze kroki kierujemy w
stronę portu, gdzie przeważnie w zatoczce zacumowane są małe kolorowe łódeczki.
Fotografujemy się z Winstonem ochoczo – w końcu warto zrobić sobie zdjęcie ze
słynnym brytyjskim premierem i natrafiamy na niezwykły mural. W czerwcu
2019 roku portugalski artysta Arturo Bordalo znany pod pseudonimem
Bordalo II zaprezentował w Câmara de Lobos swój mural. Jest
to niezwykła praca, bowiem artysta znany jest z tego,
że do swoich prac wykorzystuje różne odpady. Podobna instalacja
znajduje się w Santanie. Następnie promenadą dochodzimy do kościoła Św. Sebastiana. Świątynia została
wzniesiona w 1426 roku. Początkowo była to niewielka kaplica, która z biegiem
czasu została rozbudowana ze względu na rosnącą liczbę mieszkańców. Obecna
bryła kościoła reprezentuje styl barokowy, z typową dla Madery prostotą formy i
subtelnymi detalami. Trójnawowe wnętrze zachwyca drewnianym sufitem, pięknym
ołtarzem głównym oraz klasycznymi zdobieniami z azulejos – tradycyjnymi
portugalskimi płytkami ceramicznymi. Po tej krótkiej wizycie spacerujemy
uliczkami centrum ozdobionymi kolorowymi donicami oraz „beczkowymi” oknami i
drzwiami. Robimy krótką pętlę i znajdujemy się na wzgórzu ze świetnym punktem
widokowym. Znajduje się tam wielka łódź rybacka, przy której chętnie się
fotografujemy. Wiatr daje się we znaki. Momentami podmuchy utrudniają nam
przybranie pionowej pozycji.
Z tego miejsca widać nasz kolejny check-point. Zanim tam dojedziemy wstępujemy do miejscowej lodziarni i tam pałaszujemy ze smakiem kolejną porcję Bolo do Caco, lody i wszędobylską ponchę. Bolo do caco to jedno z najsmaczniejszych i najbardziej charakterystycznych dań kuchni maderskiej! To tradycyjny, płaski chlebek, wypiekany na kamiennej płycie zwanej "caco", od której pochodzi jego nazwa. Ma okrągły kształt, miękkie wnętrze i lekko chrupiącą skórkę. Posmarowany jest dużą ilością masła z dodatkiem czosnku i pietruszki – istne niebo w gębie.
Następny punkt naszej przygody to Cabo Girao, słynny klif wznoszący się na wysokość 580 metrów nad poziomem morza, oferujący zapierające dech w piersiach widoki na ocean, pobliskie miasteczko Câmara de Lobos oraz całą południową część Madery. Jedną z największych atrakcji Cabo Girão jest przeszklony taras widokowy zbudowany nad krawędzią klifu. Jest to szklana platforma, z której odwiedzający mogą podziwiać panoramę wyspy i ocean. Część tarasu wystaje nad krawędź klifu, co sprawia, że wrażenia są wyjątkowe – patrzysz dosłownie na 580 metrów w dół! Nas jednak to miejsce nie urzekło. Być może dlatego, że było tam tak tłoczno, że ciężko było znaleźć kawałek wolnego miejsca, a wstęp kosztuje 3 euro.
Robi się już późno, a nasze brzuchy powoli domagają się uzupełnienia. Skoro jest niedziela postanawiamy zaszaleć. Wyszukaliśmy świetną restaurację Onda do Sol w miejscowości Ponta do Sol. Zaserwowaliśmy sobie istną ucztę w postaci mixu ze świeżych ryb i owoców morza z dodatkami warzywnymi. Zamawiając zestaw dla dwóch osób bardzo nas zaskoczyło, gdy kelner przyniósł pełną paterę różnych ryb, do tego gotowane warzywa, sałaty i frytki. A to dopiero zestaw dla naszej pary. Sławek z Kasią dostali to samo, a Marek zamówił maderski przysmak, czyli czarnego pałasza z pieczonym bananem. Koniec końców był to orgazm dla kubków smakowych. Zostawiliśmy tam wspólnie (5 osób) około 200 euro, ale resztę spakowali nam na wynos, dzięki temu mieliśmy obiad i na drugi dzień. Nawet ja, potrafiący dużo zjeść – poległem.
Udajemy się jeszcze na półwysep wysunięty najdalej na zachód wyspy. Skoro robi się już wieczór może uda się ustrzelić jakiś spektakularny zachód słońca. Na miejscu sporo ludzi. Pewnie pomyśleli tak samo jak my. Ponta do Pargo jednak postanowił się z nas i reszty zaśmiać. Słońce było schowane za chmurami nad horyzontem, więc z zachodu nici. Chociaż Barbórka twierdzi, że na jej telefonie zachód był zacny (niepoprawna optymistka).
Do domu dojeżdżamy już mocno po zmroku. Mimo iż krótki, to ostatecznie kolejny piękny dzień. Wietrznie, ale bajecznie.
Z tego miejsca widać nasz kolejny check-point. Zanim tam dojedziemy wstępujemy do miejscowej lodziarni i tam pałaszujemy ze smakiem kolejną porcję Bolo do Caco, lody i wszędobylską ponchę. Bolo do caco to jedno z najsmaczniejszych i najbardziej charakterystycznych dań kuchni maderskiej! To tradycyjny, płaski chlebek, wypiekany na kamiennej płycie zwanej "caco", od której pochodzi jego nazwa. Ma okrągły kształt, miękkie wnętrze i lekko chrupiącą skórkę. Posmarowany jest dużą ilością masła z dodatkiem czosnku i pietruszki – istne niebo w gębie.
Następny punkt naszej przygody to Cabo Girao, słynny klif wznoszący się na wysokość 580 metrów nad poziomem morza, oferujący zapierające dech w piersiach widoki na ocean, pobliskie miasteczko Câmara de Lobos oraz całą południową część Madery. Jedną z największych atrakcji Cabo Girão jest przeszklony taras widokowy zbudowany nad krawędzią klifu. Jest to szklana platforma, z której odwiedzający mogą podziwiać panoramę wyspy i ocean. Część tarasu wystaje nad krawędź klifu, co sprawia, że wrażenia są wyjątkowe – patrzysz dosłownie na 580 metrów w dół! Nas jednak to miejsce nie urzekło. Być może dlatego, że było tam tak tłoczno, że ciężko było znaleźć kawałek wolnego miejsca, a wstęp kosztuje 3 euro.
Robi się już późno, a nasze brzuchy powoli domagają się uzupełnienia. Skoro jest niedziela postanawiamy zaszaleć. Wyszukaliśmy świetną restaurację Onda do Sol w miejscowości Ponta do Sol. Zaserwowaliśmy sobie istną ucztę w postaci mixu ze świeżych ryb i owoców morza z dodatkami warzywnymi. Zamawiając zestaw dla dwóch osób bardzo nas zaskoczyło, gdy kelner przyniósł pełną paterę różnych ryb, do tego gotowane warzywa, sałaty i frytki. A to dopiero zestaw dla naszej pary. Sławek z Kasią dostali to samo, a Marek zamówił maderski przysmak, czyli czarnego pałasza z pieczonym bananem. Koniec końców był to orgazm dla kubków smakowych. Zostawiliśmy tam wspólnie (5 osób) około 200 euro, ale resztę spakowali nam na wynos, dzięki temu mieliśmy obiad i na drugi dzień. Nawet ja, potrafiący dużo zjeść – poległem.
Udajemy się jeszcze na półwysep wysunięty najdalej na zachód wyspy. Skoro robi się już wieczór może uda się ustrzelić jakiś spektakularny zachód słońca. Na miejscu sporo ludzi. Pewnie pomyśleli tak samo jak my. Ponta do Pargo jednak postanowił się z nas i reszty zaśmiać. Słońce było schowane za chmurami nad horyzontem, więc z zachodu nici. Chociaż Barbórka twierdzi, że na jej telefonie zachód był zacny (niepoprawna optymistka).
Do domu dojeżdżamy już mocno po zmroku. Mimo iż krótki, to ostatecznie kolejny piękny dzień. Wietrznie, ale bajecznie.
Mnie się taki zachód podoba! Kurcze zrobiliście mi smaka tą Maderą ;)
OdpowiedzUsuń