czwartek, 15 stycznia 2026

Plan był prosty

 

Plan na ostatni dzień jest bardzo prosty. Zejść do Karpacza, przetransportować się do Szklarskiej Poręby, gdzie czeka auto, a potem powrót do domu z tranzytowym noclegiem we Wrocławiu. Prościej się nie da. Tym razem wszystkie możliwe prognozy zgodnie twierdzą, że wiatr przypomni sobie o swoim istnieniu, a śnieg dorzuci swoje trzy grosze. W głowie Ani pojawia się ambitna myśl, aby wejść drugi raz na Śnieżkę, tym razem na wschód słońca. Plan ten jednak żyje krótko — po przebudzeniu zostaje brutalnie zweryfikowany przez pogodę i potrzebę zejścia na dół w wyznaczonym czasie. Budzik dzwoni bezlitośnie o 6:30. Za oknem jeszcze ciemno, ale wiatr już robi zamieszanie. Leniwie zwijamy cały nasz dobytek, ubieramy na siebie pełen zestaw „na cebulkę + 3” i chwilę po siódmej wychodzimy na zewnątrz. Jest zimno. Oj, bardzo zimno. Anka tylko rzuca, że jednak odpuszczenie wschodu na szczycie było wybitnie dobrą decyzją. Autobus mamy po jedenastej, dlatego bez większego pośpiechu dreptamy w stronę Karpacza. Powoli zaczyna świtać, więc co chwilę odwracamy się w stronę Królowej Karkonoszy. I nagle… niebo płonie. Kolory rozlewają się po horyzoncie, tworząc spektakl, którego nie da się ani zaplanować, ani zamówić. Wiatr mrozi dłonie, ale w tej chwili to kompletnie bez znaczenia. Łapiemy momenty, które zostaną z nami na długo.

środa, 14 stycznia 2026

Błękitne niebo, lekcja geologii i zachód słońca na dachu Sudetów


Karkonosze - Śnieżka 1602 m.n.p.m.

Budzimy się kolejnego mroźnego poranka i już pierwszy rzut oka za okno powoduje zbiorowy uśmiech i ekstazę. Błękit nieba, zero chmur. Juppi. Już wiemy, że i ten dzień będzie wyśmienity, a prognozy — o dziwo — tym razem się sprawdzają. Przynajmniej na razie. Leniwie krzątamy się po pokoju, celebrując poranek jak ludzie, którzy nigdzie nie muszą się spieszyć. Śniadanie jemy bez presji, bo dzisiejszy dystans jest raczej z tych „dla przyjemności”, a nie „dla przetrwania”. Poza tym ciemno zrobi się dopiero około 17, więc czasu mamy w bród. No ale w końcu trzeba się ruszyć — teleportacji nadal nie wynaleziono, mimo że bardzo by się dziś przydała. Wychodzimy przed schronisko i natychmiast czuć, że jest rześko. Mróz szczypie, ale słońce miło ogrzewa pyski, więc ogólny bilans dnia wychodzi bardzo na plus. Wchodzimy na szlak i wyraźnie wydeptaną ścieżką kierujemy się w stronę Śnieżki. Jeszcze jej fizycznie nie widać, ale oczami wyobraźni już stoimy na szczycie i pozujemy do zdjęć.

wtorek, 13 stycznia 2026

Szok o poranku, Królowa Sudetów i luksusy, których nikt się nie spodziewał

Karkonosze - Śnieżne Kotły
 

Budzimy się jeszcze przed planowanym wschodem słońca i… dostajemy lekkiego szoku. Coś się nie zgadza. Za oknem nie ma tej mlecznej, bezkształtnej bieli, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić. Robi się jaśniej. Jakby ktoś w nocy odgarnął chmury i zapomniał je z powrotem zasunąć. Ania i Lucy działają błyskawicznie. Zakładają portki (to ważny szczegół w zimowych temperaturach), chwytają aparaty i wychodzą uchwycić wschód słońca. Dodajmy, że: jest to ich pierwszy wschód słońca w górach i jednocześnie pierwsze zimowe góry w życiu. My zostajemy w środku, racjonalizując lenistwo, chociaż obserwując łunę słońca przez okno. Pół godziny później dziewczyny wracają zmarznięte, ale szczęśliwe, a my dochodzimy do wniosku, że skoro wytrzymały tak długo, to: albo wcale nie jest tak zimno, albo są zahartowane norweskim powietrzem i my po prostu nie mamy z nimi szans. Szybkie spojrzenie na termometr rozwiewa wątpliwości: –17°C. Niebo niemal bezchmurne i jak śpiewał klasyk „do wynajęcia”. Dzień zapowiada się obłędnie, a my mamy przed sobą najdłuższy dystans całego wyjazdu. Kierunek: kolejne schronisko — Odrodzenie. Barbórka wspomina, że była tam cztery lata temu i że… no cóż… luksusów raczej szukać nie należy. Ale to przeszłość. Na razie jest słońce, mróz i wielka ekscytacja.

Trzech Króli, cztery osoby i jeden pomysł, który wydał się świetny

 

Karkonosze - Szrenica 1361 m.n.p.m. 
 
Szósty stycznia. Uroczystość Trzech Króli. Godzina taka, że nawet budzik dzwoni szeptem, jakby się wstydził. Jest jeszcze nie tylko przed wschodem słońca — jest przed samą koncepcją wschodu słońca. W komplecie: ja, Barbórka oraz dwie psiapsi z norweskich bezdroży: Ania i Lucy ruszamy wspólnie z Warszawy do Szklarskiej Poręby. Przed nami czterodniowy zimowy wypad w stylu „od schroniska do schroniska”, czyli dokładnie tak, jak górski Bóg (i Główny Szlak Sudecki) przykazał. Noclegi mamy zarezerwowane w trzech schroniskach, plan ambitny, a prognozy… no cóż. Prognozy zapowiadają, że Karkonosze zamierzają sprawdzić naszą miłość do gór siarczystym mrozem do -20°C, solidnymi opadami śniegu i wiatrem, który w tym paśmie lubi rozdawać karty, żetony i czasem cały stolik. Pocieszamy się jednak faktem, że właśnie kończy się długi weekend poświąteczny, więc może — może — na szlakach będzie luźniej. Pierwszy dzień ma być rozruchowy. W planie dojście do schroniska na szczycie Szrenicy. Dystans niezbyt długi, wręcz przyjemny… gdyby nie drobny szczegół w postaci ponad 700 metrów przewyższenia. Ale co tam. Entuzjazm jeszcze świeży, kolana jeszcze nie wiedzą, co je czeka.