środa, 31 grudnia 2025

Czeskie impresje

 

Beskid Śląsko Morawski -  Radhošť 1129 m.n.p.m.

Świąteczna śląska tradycja głosi, że jeden górski dzień musi być. Święta w Radlinie zawsze rezonują z górami. A że do Czech mamy za darmo… (no prawie – na wodę niestety nadal nie jeździmy) wybór pada na Beskid Śląsko-Morawski. I ze wstydem przyznajemy, że choć ze Śląska zawsze blisko, to jakoś nie było nam nigdy po drodze. Ale dziś to się zmieni. Ahoj przygodo! Od świątecznego stołu odchodzimy w drugi dzień świąt o 8 rano, żeby krótko po 10-tej zwarci i gotowi ruszyć na szlak. Pozostawiamy auto na parkingu w Trojanovicach (koszt – ok. 30 zł) i zaczynamy bardzo fajne podejście zielonym szlakiem w kierunku szczytu Radhošť. Szybko zdobywamy wysokość, aura iście bajkowa – jak śpiewał klasyk: „oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba”.

piątek, 5 grudnia 2025

Górski finał z widokiem na alpejskie kolosy

 

 

Alpy - Monte Spalavera 1534 m.n.p.m.

Ostatni dzień naszego włoskiego wypadu postanowił wejść na scenę z przytupem. Zamiast leniwego cappucio nad brzegiem jeziora wybieramy górskie panoramy, szczyty i trekking, który miał być dłuższy niż ten z dnia pierwszego (ale równie przyjemny). No i był! Natura potrafi być łaskawa. Pogoda tego dnia robiła za idealnego hosta: zero wiatru, zero chmur, temperatura grubo powyżej 15 stopni, a całość doprawiona jesiennymi kolorami. Listopad w Polsce? Deszcze, wichura, suszarka do liści? Tu? Pocztówka z raju. Parking znajdował się dosłownie rzut beretem od miejsca, gdzie dwa dni wcześniej zjechaliśmy zipline’em – więc kierowca i autko znali już każdy z tysiąca zakrętów, które spotyka się na tych włoskich serpentynach. Silnik jęknął parę razy, ale generalnie zachowywał się dzielnie, jakby mówił: „Ech, znowu to samo, dam radę”. Na parkingu stał tylko jeden samotny samochód – znak, że nie będzie tłumów i przepychanek o widoki. Ruszamy więc śmiało na podbój Monte Spalavera (1534 m n.p.m.).

czwartek, 4 grudnia 2025

Włosko-szwajcarskie impresje

 

Lago Maggiore - Cannobio, Locarno

Prognozy się sprawdzają — od rana niebo jest tak błękitne, że przy śniadaniu zastanawiamy się, czy w nocy Włosi nie przemycili na niebo filtru z Instagrama. Widoczność? O wiele lepsza niż dzień wcześniej: góry wyraźne, jezioro lśniące, a powietrze pachnące jak reklama mięty. Plan zakładał trekking na okoliczne szczyty, ale… wpadła nam do głowy myśl: „Najpierw kawa i włoskie miasteczko — dopiero potem heroiczne spacery.” I tak wyruszyliśmy do uroczego Cannobio, około godzinę jazdy od Stresy w kierunku Szwajcarii. Ta godzina jazdy wystarczyła, by w głowie wyklarował się plan na cały dzień (o tym później), ale najpierw — samo miasteczko. Cannobio to takie miejsce, gdzie każda kamienica wygląda, jakby właśnie wróciła z sesji u malarza wnętrz. Kolorowe fasady, wąskie uliczki, kawałki gór majaczące w tle i jezioro, które robi za fotograficzny stół odbitkowy. Idealne na leniwy spacer i zderzenie się z prawdziwym klimatem Lago Maggiore. Atrakcje? Jest ich sporo:

·         klimatyczna Promenada Vittorio Emanuele III,

·         kolorowe nadbrzeżne kamienice,

·         romantyczne zaułki starego miasta,

·         oraz najsłynniejszy punkt… Santuario SS. Pietà

środa, 3 grudnia 2025

Łyk adrenaliny i historia z I wojny światowej

 

 Alpy Ticzyńskie - Monte Morissolo 1311 m.n.p.m.
 
Lądujemy w Mediolanie, tym razem na lotnisku Malpensa, odbieramy nasze wypożyczone cacko — Hyundai i10 — i  zaczynamy podróż nad Lago Maggiore i rozpoznanie nowego dla nas regionu. Zapraszamy do Piemontu… Ale hola, hola, nie tak łatwo. Akurat w dzień przylotu zaczyna się Lago Maggiore Maraton. Serio? — natura natychmiastowo rzuca nam kłody pod nogi (albo zakręty pod koła). Albo… Marek, który nam towarzyszy, jak magnes przyciąga jakieś sportowe akcje podczas pobytu… co my już wspólnie nie przerabialiśmy: wyścigi kolarskie, triathlony teraz maraton. To co następne? Rajd WRC – ocho Sardynia się kłania… Nasz plan zakładał spokojny przejazd nad Maggiore, nocleg w uroczej Stresie bez stresu. Jednak w górskie serpentyny nas wzywają. Akcja jak w serialu z gatunku survival: mały silnik, wąskie zakręty, strome podjazdy — i choć małe i10 nie jest monster truckiem, dawał radę, skrzypiąc i sapiąc, dzielnie kręcił pod górę. Maraton lekko modyfikuje nam plany. Z pomocą uśmiechniętych panów z Polizia skręcamy w stronę Aurano, bo tam czeka nas pierwsza atrakcja — Lake Maggiore Zipline (czyli „tyrolka Lago Maggiore”). To nie byle jaka zjeżdżalnia na linie: lina stalowa ma aż 1850 metrów długości, zawieszona jest na wysokości około 350 m nad ziemią. Zjazd trwa około 90 sekund (czyli półtorej minuty czystej adrenaliny), a prędkość potrafi przekroczyć 120 km/h. Startuje się z Pian d’Arla (na wysokości około 1307 m n.p.m.), a meta to Alpe Segletta (ok. 960 m n.p.m.). Barbórka lekko nerwowo stoi w koleje i pyta co chwilę: – „A na pewno to jest bezpieczne?”,  „A na pewno hamuje samo?”,  „A czy kolejka jest sprawdzana…?” Pan z obsługi ze stoickim włoskim spokojem włącza muzykę i przygotowuje nas do startu. 3-2-1 i zjazd….