czwartek, 9 lipca 2026

Ostatni wspólny wieczór

 

Przed nami był ostatni pełny dzień wspólnej podróży. Trudno uwierzyć, jak szybko minęły dwa tygodnie spędzone na drogach, szlakach, promach i parkingach z widokami, które na długo pozostaną w pamięci. Poranek przebiegał według dobrze już znanego scenariusza. Niespieszne śniadanie, świeżo parzona kawa – albo dwie, zależnie od poziomu porannej aktywności – i spokojne pakowanie obozowiska. Nikt się nie spieszył. Wszyscy mieliśmy świadomość, że takich wspólnych poranków zostało już naprawdę niewiele. Tego dnia kontynuowaliśmy podróż jedną z najpiękniejszych tras, jakie przyszło nam pokonać podczas całego wyjazdu. Helgelandskysten wciąż zachwycała. Było w niej coś wyjątkowego. Każdy zakręt, każde wzniesienie i każdy kolejny fiord przynosiły nowe widoki. To jedna z tych dróg, na których człowiek bardziej skupia się na tym, co za szybą, niż na samym celu podróży. Zresztą trudno było jechać szybko. Po pierwsze dlatego, że Norwegia od lat słynie z wyjątkowo skutecznego zniechęcania kierowców do przekraczania prędkości. Mandaty potrafią być tutaj równie imponujące jak krajobrazy. Po drugie – i zdecydowanie ważniejsze – sama natura nie pozwalała po prostu przejechać przez te okolice. Co chwilę pojawiało się coś, co przyciągało wzrok. Góra odbijająca się w tafli fiordu. Samotny czerwony domek stojący nad wodą. Ośnieżone szczyty majaczące na horyzoncie. Człowiek mimowolnie zwalniał, próbując nacieszyć się tym wszystkim jeszcze przez chwilę. Przed nami były również dwie przeprawy promowe. Pierwsza z nich miała dla nas znaczenie symboliczne. To właśnie podczas niej ponownie przekroczyliśmy koło podbiegunowe i wróciliśmy do strefy umiarkowanej. Sam znacznik widzieliśmy jedynie z oddali, ale nie był on najważniejszy. Znacznie bardziej liczyła się świadomość, że zostawiamy za sobą północną część Norwegii. Jeszcze niedawno z ekscytacją przekraczaliśmy tę niewidzialną granicę, jadąc na spotkanie z Lofotami. Teraz pokonywaliśmy ją w przeciwnym kierunku. I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę dotarło do nas, że ta część przygody dobiega końca. Promy mają jednak jedną cechę, która potrafi skutecznie zweryfikować nawet najbardziej ambitny plan dnia – kursują wtedy, kiedy chcą, a nie wtedy, kiedy akurat przyjedzie podróżnik. Do częstotliwości warszawskiego metra jest im bardzo daleko, dlatego przeprawy zajęły nam trochę czasu. Gdybyśmy chcieli przejechać całą trasę Helgelandskysten aż do końca, czekałyby nas jeszcze trzy kolejne promy. Nie tym razem. Norwegia po raz kolejny dopisała coś do listy „następnym razem”. A lista ta robiła się już całkiem imponująca. W końcu odbiliśmy z malowniczej drogi FV17 i wróciliśmy na główną E6. Po drodze przejechaliśmy przez Toventunnelen – najdłuższy tunel, jaki pokonaliśmy podczas całego wyjazdu. Liczący ponad 10 kilometrów przejazd był ciekawym kontrastem po dniach spędzonych wśród otwartych przestrzeni, gór i fiordów. Kilka godzin później dotarliśmy do Mosjøen. To miasto zdążyło już zapisać się w naszej pamięci na początku wyprawy, dlatego nie mogliśmy odmówić sobie wizyty w tej samej restauracji, którą odwiedziliśmy ponad dwa tygodnie wcześniej. Smakował nie tylko obiad, ale i wspomnienia. Trudno było nie porównywać siebie z pierwszych dni podróży do nasze wersji po tysiącach przejechanych kilometrów, zdobytych szczytach i niezliczonej liczbie zachwytów nad norweską przyrodą. Powoli zataczaliśmy koło. Wieczorem dotarliśmy do miejsca, które dobrze już znaliśmy. To właśnie tutaj zatrzymaliśmy się na początku wspólnej wyprawy, zanim ruszyliśmy na północ. Teraz wracaliśmy w to samo miejsce bogatsi o dziesiątki wspomnień, setki zdjęć i kilka nowych historii, które jeszcze przez długie miesiące będą wracały podczas spotkań. To był nasz ostatni wspólny nocleg. Następnego dnia nasze drogi miały się rozdzielić. Lucy i Ania wracały do swojego norweskiego życia, a my mieliśmy rozpocząć ostatni etap podróży w kierunku Polski. Wieczorem rozmowy przeciągały się jak zwykle. Nikt nie miał ochoty iść spać zbyt wcześnie. W końcu nie codziennie kończy się tak wyjątkowa wyprawa. Ach, cóż to był za wspólny czas. Były góry, które momentami nie chciały nas wpuścić na swoje szczyty. Były plaże wyglądające jak wyjęte z folderów o Karaibach. Były promy, wodospady, lodowiec, białe noce, grille i litry wypitej kawy. Było mnóstwo śmiechu, trochę zmęczenia i jeszcze więcej pięknych widoków. Ale to jeszcze nie był koniec naszej podróży. Przed nami jeszcze droga do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)