Przed nami był ostatni pełny dzień
wspólnej podróży. Trudno uwierzyć, jak szybko minęły dwa tygodnie spędzone na
drogach, szlakach, promach i parkingach z widokami, które na długo pozostaną w
pamięci. Poranek przebiegał według dobrze już znanego scenariusza. Niespieszne śniadanie,
świeżo parzona kawa – albo dwie, zależnie od poziomu porannej aktywności – i
spokojne pakowanie obozowiska. Nikt się nie spieszył. Wszyscy mieliśmy
świadomość, że takich wspólnych poranków zostało już naprawdę niewiele. Tego
dnia kontynuowaliśmy podróż jedną z najpiękniejszych tras, jakie przyszło nam
pokonać podczas całego wyjazdu. Helgelandskysten wciąż zachwycała. Było w niej
coś wyjątkowego. Każdy zakręt, każde wzniesienie i każdy kolejny fiord
przynosiły nowe widoki. To jedna z tych dróg, na których człowiek bardziej
skupia się na tym, co za szybą, niż na samym celu podróży. Zresztą trudno było
jechać szybko. Po pierwsze dlatego, że Norwegia od lat słynie z wyjątkowo
skutecznego zniechęcania kierowców do przekraczania prędkości. Mandaty potrafią
być tutaj równie imponujące jak krajobrazy. Po drugie – i zdecydowanie
ważniejsze – sama natura nie pozwalała po prostu przejechać przez te okolice.
Co chwilę pojawiało się coś, co przyciągało wzrok. Góra odbijająca się w tafli
fiordu. Samotny czerwony domek stojący nad wodą. Ośnieżone szczyty majaczące na
horyzoncie. Człowiek mimowolnie zwalniał, próbując nacieszyć się tym wszystkim
jeszcze przez chwilę. Przed nami były również dwie przeprawy promowe. Pierwsza
z nich miała dla nas znaczenie symboliczne. To właśnie podczas niej ponownie
przekroczyliśmy koło podbiegunowe i wróciliśmy do strefy umiarkowanej. Sam
znacznik widzieliśmy jedynie z oddali, ale nie był on najważniejszy. Znacznie
bardziej liczyła się świadomość, że zostawiamy za sobą północną część Norwegii.
Jeszcze niedawno z ekscytacją przekraczaliśmy tę niewidzialną granicę, jadąc na
spotkanie z Lofotami. Teraz pokonywaliśmy ją w przeciwnym kierunku. I chyba
właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę dotarło do nas, że ta część przygody
dobiega końca. Promy mają jednak jedną cechę, która potrafi skutecznie
zweryfikować nawet najbardziej ambitny plan dnia – kursują wtedy, kiedy chcą, a
nie wtedy, kiedy akurat przyjedzie podróżnik. Do częstotliwości warszawskiego
metra jest im bardzo daleko, dlatego przeprawy zajęły nam trochę czasu. Gdybyśmy
chcieli przejechać całą trasę Helgelandskysten aż do końca, czekałyby nas
jeszcze trzy kolejne promy. Nie tym razem. Norwegia po raz kolejny dopisała coś
do listy „następnym razem”. A lista ta robiła się już całkiem imponująca. W
końcu odbiliśmy z malowniczej drogi FV17 i wróciliśmy na główną E6. Po drodze
przejechaliśmy przez Toventunnelen – najdłuższy tunel, jaki pokonaliśmy podczas
całego wyjazdu. Liczący ponad 10 kilometrów przejazd był ciekawym kontrastem po
dniach spędzonych wśród otwartych przestrzeni, gór i fiordów. Kilka godzin
później dotarliśmy do Mosjøen. To miasto zdążyło już zapisać się w naszej
pamięci na początku wyprawy, dlatego nie mogliśmy odmówić sobie wizyty w tej
samej restauracji, którą odwiedziliśmy ponad dwa tygodnie wcześniej. Smakował
nie tylko obiad, ale i wspomnienia. Trudno było nie porównywać siebie z
pierwszych dni podróży do nasze wersji po tysiącach przejechanych kilometrów,
zdobytych szczytach i niezliczonej liczbie zachwytów nad norweską przyrodą. Powoli
zataczaliśmy koło. Wieczorem dotarliśmy do miejsca, które dobrze już znaliśmy.
To właśnie tutaj zatrzymaliśmy się na początku wspólnej wyprawy, zanim
ruszyliśmy na północ. Teraz wracaliśmy w to samo miejsce bogatsi o dziesiątki
wspomnień, setki zdjęć i kilka nowych historii, które jeszcze przez długie
miesiące będą wracały podczas spotkań. To był nasz ostatni wspólny nocleg. Następnego
dnia nasze drogi miały się rozdzielić. Lucy i Ania wracały do swojego
norweskiego życia, a my mieliśmy rozpocząć ostatni etap podróży w kierunku
Polski. Wieczorem rozmowy przeciągały się jak zwykle. Nikt nie miał ochoty iść
spać zbyt wcześnie. W końcu nie codziennie kończy się tak wyjątkowa wyprawa. Ach,
cóż to był za wspólny czas. Były góry, które momentami nie chciały nas wpuścić
na swoje szczyty. Były plaże wyglądające jak wyjęte z folderów o Karaibach.
Były promy, wodospady, lodowiec, białe noce, grille i litry wypitej kawy. Było
mnóstwo śmiechu, trochę zmęczenia i jeszcze więcej pięknych widoków. Ale to
jeszcze nie był koniec naszej podróży. Przed nami jeszcze droga do domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)