środa, 24 czerwca 2026

Kierunek Bodø

 

Trudno było o lepszą datę na rozpoczęcie wspólnej części naszej wyprawy. Co prawda metryki wszystkich uczestników uparcie twierdziły, że dzieciństwo mamy już dawno za sobą, ale wystarczyło spojrzeć na nasze miny podczas pakowania samochodów, żeby dojść do zupełnie innych wniosków. Przed nami było niemal 1.100 kilometrów drogi do Bodø – miasta nazywanego bramą Lofotów. Taki dystans nawet w Skandynawii robi wrażenie, dlatego od początku postanowiliśmy rozłożyć go na dwa dni. Tym razem celem nie było zwiedzanie każdego zakątka po drodze, lecz sprawne przesuwanie się na północ. Nie oznaczało to jednak, że trasa miała być pozbawiona atrakcji. Najedzeni, napici, wyposażeni w krótkofalówki i uzbrojeni w Gunara – pluszowego łosia pełniącego funkcję zapasowego amuletu pogodowego – ruszyliśmy w drogę. Po około 150 kilometrach czekało nas pierwsze spotkanie z przedstawicielem norweskiej fauny. A właściwie jego największą wersją. Przy drodze numer 3 zatrzymaliśmy się przy Storelgen, czyli Wielkim Łosiu. Monumentalna, wykonana ze stali nierdzewnej rzeźba ma ponad 10 metrów wysokości i przez kilka lat nosiła tytuł największego łosia świata. Powstała w 2015 roku jako symbol regionu Østerdalen, słynącego z dużej populacji tych majestatycznych zwierząt. W słoneczny dzień błyszcząca konstrukcja odbija otoczenie niczym gigantyczne lustro. Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Zwłaszcza gdy chwilę wcześniej siedzi się w samochodzie obok pluszowego łosia wielkości poduszki. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej wróciliśmy na trasę. 

W pogoni za północnym marzeniem

 Lofoty 2026

Po pierwszym urlopie w Norwegii, który odbyliśmy trzy lata temu, jedno marzenie nie dawało nam spokoju. Gdziekolwiek nie spojrzeliśmy – zdjęcia, filmy, relacje podróżnicze – wyskakiwały jak grzyby po deszczu. Strzeliste góry wyrastające prosto z morza, czerwone rybackie domki, turkusowa woda i krajobrazy wyglądające jak żywcem wyjęte z pocztówki. Lofoty. Przeglądając kolejne relacje, coraz częściej łapaliśmy się na tym, że zamiast planować kolejny urlop, planujemy właśnie ten jeden. Ten wymarzony (jeden z wielu). I w końcu pod koniec ubiegłego roku zapadła decyzja: Rok 2026 będzie należał do Lofotów. Charakter podróży od początku był jasny. Żadnych hoteli, kurortów czy siedzenia w jednym miejscu. Prawdziwa wyprawa w stylu camperowym. Tyle że zamiast kampera mieliśmy naszego niezawodnego Forda S-Maxa, pieszczotliwie zwanego Maksiem, który przez lata został całkiem solidnie przystosowany do roli mobilnego domu. Łóżko? Jest. Schowki? Są. Widok na góry po otwarciu bagażnika? Oby jak najczęściej. Do wyprawy zaprosiliśmy również nasze norweskie wsparcie logistyczne, czyli Lucy i Anię. Spodziewaliśmy się długich negocjacji, analiz kalendarza i rodzinnych narad nocnych. Tymczasem czas potrzebny na podjęcie decyzji wyniósł mniej więcej tyle, ile trwa zagotowanie wody na herbatę. Szybka i jedyna właściwa odpowiedź:

– Jedziemy!