Trudno było o lepszą datę na
rozpoczęcie wspólnej części naszej wyprawy. Co prawda metryki wszystkich
uczestników uparcie twierdziły, że dzieciństwo mamy już dawno za sobą, ale
wystarczyło spojrzeć na nasze miny podczas pakowania samochodów, żeby dojść do
zupełnie innych wniosków. Przed nami było niemal 1.100 kilometrów drogi do Bodø
– miasta nazywanego bramą Lofotów. Taki dystans nawet w Skandynawii robi
wrażenie, dlatego od początku postanowiliśmy rozłożyć go na dwa dni. Tym razem
celem nie było zwiedzanie każdego zakątka po drodze, lecz sprawne przesuwanie
się na północ. Nie oznaczało to jednak, że trasa miała być pozbawiona atrakcji.
Najedzeni, napici, wyposażeni w krótkofalówki i uzbrojeni w Gunara – pluszowego
łosia pełniącego funkcję zapasowego amuletu pogodowego – ruszyliśmy w drogę. Po
około 150 kilometrach czekało nas pierwsze spotkanie z przedstawicielem
norweskiej fauny. A właściwie jego największą wersją. Przy drodze numer 3
zatrzymaliśmy się przy Storelgen, czyli Wielkim Łosiu. Monumentalna, wykonana
ze stali nierdzewnej rzeźba ma ponad 10 metrów wysokości i przez kilka lat
nosiła tytuł największego łosia świata. Powstała w 2015 roku jako symbol
regionu Østerdalen, słynącego z dużej populacji tych majestatycznych zwierząt.
W słoneczny dzień błyszcząca konstrukcja odbija otoczenie niczym gigantyczne
lustro. Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Zwłaszcza gdy chwilę wcześniej
siedzi się w samochodzie obok pluszowego łosia wielkości poduszki. Po
obowiązkowej sesji zdjęciowej wróciliśmy na trasę.
środa, 24 czerwca 2026
W pogoni za północnym marzeniem
Lofoty 2026
Po pierwszym urlopie w
Norwegii, który odbyliśmy trzy lata temu, jedno marzenie nie dawało nam
spokoju. Gdziekolwiek nie spojrzeliśmy – zdjęcia, filmy, relacje podróżnicze – wyskakiwały
jak grzyby po deszczu. Strzeliste góry wyrastające prosto z morza, czerwone
rybackie domki, turkusowa woda i krajobrazy wyglądające jak żywcem wyjęte z
pocztówki. Lofoty. Przeglądając kolejne relacje, coraz częściej łapaliśmy się
na tym, że zamiast planować kolejny urlop, planujemy właśnie ten jeden. Ten
wymarzony (jeden z wielu). I w końcu pod koniec ubiegłego roku zapadła decyzja:
Rok 2026 będzie należał do Lofotów. Charakter podróży od początku był
jasny. Żadnych hoteli, kurortów czy siedzenia w jednym miejscu. Prawdziwa wyprawa
w stylu camperowym. Tyle że zamiast kampera mieliśmy naszego niezawodnego Forda
S-Maxa, pieszczotliwie zwanego Maksiem, który przez lata został całkiem
solidnie przystosowany do roli mobilnego domu. Łóżko? Jest. Schowki? Są. Widok
na góry po otwarciu bagażnika? Oby jak najczęściej. Do wyprawy zaprosiliśmy
również nasze norweskie wsparcie logistyczne, czyli Lucy i Anię. Spodziewaliśmy
się długich negocjacji, analiz kalendarza i rodzinnych narad nocnych. Tymczasem
czas potrzebny na podjęcie decyzji wyniósł mniej więcej tyle, ile trwa
zagotowanie wody na herbatę. Szybka i jedyna właściwa odpowiedź:
– Jedziemy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)
.jpg)