Lofoty - Lodowiec Svartisen
Noc, a właściwie jej symboliczna
wersja, minęła błyskawicznie. Kolejny raz obudziło nas słońce, które o tej
porze roku zdaje się w ogóle nie rozumieć pojęcia „cisza nocna”. Jak zwykle nie
było mowy o pośpiechu. Śniadanie celebrowaliśmy długo, w pięknych
okolicznościach przyrody, popijając aromatyczną kawę i chłonąc widoki. Takie
poranki mają jedną wadę – bardzo trudno się od nich oderwać. Z drugiej strony
przed nami był kolejny dzień podróży, a apetyt na odkrywanie Norwegii wcale nie
malał. Już drugi dzień poruszaliśmy się jedną z najpiękniejszych tras
widokowych w kraju – Helgelandskysten, czyli Drogą Krajową 17 (Fv17). To ponad
400 kilometrów prowadzących przez wybrzeże Helgeland, pomiędzy Bodø a
Steinkjer. Trasa słynie z nieustannie zmieniających się krajobrazów: fiordów,
mostów, gór wyrastających prosto z morza, niewielkich rybackich osad oraz
licznych przepraw promowych. Wielu Norwegów uważa ją za znacznie ciekawszą od
głównej E6, bo zamiast najszybszego przejazdu oferuje prawdziwą podróż przez jedne
z najpiękniejszych zakątków kraju. Po około trzydziestu minutach jazdy
zatrzymaliśmy się w miejscu, które już wcześniej przykuło naszą uwagę na mapie
– Ureddplassen. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak nowoczesny punkt widokowy z
wyjątkowo designerską toaletą. I rzeczywiście, znajdujący się tutaj budynek
zdobył kilka nagród architektonicznych, a wielu podróżników twierdzi, że jest
to najpiękniej położona publiczna toaleta w Norwegii. Trudno się z tym nie
zgodzić – widok z tego miejsca spokojnie mógłby konkurować z niejednym tarasem
widokowym. Znacznie ważniejsza jest jednak historia, którą opowiada stojący
obok pomnik. Ureddplassen jest narodowym miejscem pamięci poświęconym załodze
norweskiego okrętu podwodnego KNM Uredd. Jednostka działała podczas II wojny
światowej u boku aliantów i zaginęła w lutym 1943 roku podczas tajnej misji w
rejonie fiordu Fugløyfjorden. Przez wiele lat nie znano miejsca jej spoczynku.
Dopiero w latach 80-tych odnaleziono wrak, a późniejsze badania wykazały, że
okręt najprawdopodobniej wpłynął na niemiecką minę morską. W katastrofie
zginęły 42 osoby, w tym kilku agentów ruchu oporu. Dziś miejsce to przypomina
zarówno o tragicznych losach załogi, jak i o strategicznym znaczeniu
norweskiego wybrzeża podczas wojny.
Dalsza jazda drogą Fv17 przebiegała pod znakiem nieustannych zachwytów. Co chwilę za kolejnym zakrętem pojawiał się nowy fiord, nowa zatoka albo kolejna grupa postrzępionych gór odbijających się w wodzie. Po pewnym czasie człowiek łapał się na tym, że przestaje mówić „ale pięknie”, bo zwyczajnie brakowało już nowych określeń. Prawdziwa atrakcja tego dnia dopiero jednak na nas czekała. Naszym celem był Svartisen – drugi co do wielkości lodowiec kontynentalnej Norwegii. Jego powierzchnia wynosi około 370 kilometrów kwadratowych, a niektóre partie lodu mają kilkaset metrów grubości. W rzeczywistości Svartisen składa się z dwóch głównych części: Vestisen i Østisen, rozdzielonych doliną Glomdalen. Charakterystyczny niebieskawy kolor lodu to efekt ogromnego ciśnienia, które przez setki lat usuwa z lodu pęcherzyki powietrza. Dla Lucy i Ani miało to być pierwsze spotkanie z prawdziwym lodowcem. Basia i ja mieliśmy już za sobą wizytę przy Jostedalsbreen podczas poprzedniej podróży do Norwegii trzy lata wcześniej, ale nawet dla nas perspektywa ponownego zobaczenia potężnej masy lodu była niezwykle kusząca. Aby dostać się pod lodowiec, najpierw trzeba było dotrzeć nad fiord Holandsfjorden.
Stamtąd regularnie kursują niewielkie łodzie przewożące turystów na drugi brzeg. Już sam rejs dostarczał pięknych widoków, ale prawdziwa magia zaczynała się po zejściu na ląd. Najpierw trzy kilometry leśnym szutrem a następnie szlak prowadzący pod jęzor lodowca przypominał momentami spacer po zupełnie innej planecie. Skały mieniły się różnymi odcieniami szarości, czerwieni i zieleni, a krajobraz został wyrzeźbiony przez tysiące lat działalności lodu. Wokół nie było drzew ani typowej roślinności. Tylko kamień, woda i góry. Im bliżej podchodziliśmy, tym bardziej imponująco prezentował się sam lodowiec. Ogromna ściana błękitnego lodu sprawiała wrażenie czegoś nierealnego. Dziewczyny nie kryły zachwytu, bo żadne zdjęcia nie są w stanie oddać skali tego zjawiska. Niestety czas działał na naszą niekorzyść. Ostatni kurs łodzi powrotnej zaplanowano około godziny siedemnastej, więc pod samym jęzorem nie mogliśmy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek. Była chwila na zdjęcia, kilka minut podziwiania lodowego kolosa, uzupełnienie płynów i trzeba było ruszać w drogę powrotną.
Mimo krótkiej wizyty wszyscy wracali zadowoleni. Lucy i Ania mogły odhaczyć pierwszy lodowiec w życiu, a my z Basią porównywaliśmy w pamięci Svartisen z Jostedalsbreen. Ostatecznie każdy z nich ma swój charakter. Jostedalsbreen wygrywał łatwością dostępu i skalą widoków, ale Svartisen zdecydowanie bronił się niezwykłym położeniem i samą drogą prowadzącą pod lodowiec. Na nocleg zatrzymaliśmy się nad jeziorem Agvatnet. Wieczór był spokojny, a tafla wody niemal nieruchoma. Po całym dniu pełnym wrażeń nie mogłem przepuścić takiej okazji i postanowiłem wskoczyć do jeziora. Ku mojemu zaskoczeniu temperatura wody była znacznie przyjemniejsza niż w Morzu Norweskim. Po doświadczeniach z lodowatym morzem można było wręcz odnieść wrażenie, że jest ciepło. A skoro była okazja do kąpieli, to grzechem byłoby z niej nie skorzystać.
Tak zakończył się kolejny dzień naszej norweskiej przygody – pełen spektakularnych widoków, historii ukrytych wśród fiordów i spotkania z jednym z największych lodowych gigantów Skandynawii.
Dalsza jazda drogą Fv17 przebiegała pod znakiem nieustannych zachwytów. Co chwilę za kolejnym zakrętem pojawiał się nowy fiord, nowa zatoka albo kolejna grupa postrzępionych gór odbijających się w wodzie. Po pewnym czasie człowiek łapał się na tym, że przestaje mówić „ale pięknie”, bo zwyczajnie brakowało już nowych określeń. Prawdziwa atrakcja tego dnia dopiero jednak na nas czekała. Naszym celem był Svartisen – drugi co do wielkości lodowiec kontynentalnej Norwegii. Jego powierzchnia wynosi około 370 kilometrów kwadratowych, a niektóre partie lodu mają kilkaset metrów grubości. W rzeczywistości Svartisen składa się z dwóch głównych części: Vestisen i Østisen, rozdzielonych doliną Glomdalen. Charakterystyczny niebieskawy kolor lodu to efekt ogromnego ciśnienia, które przez setki lat usuwa z lodu pęcherzyki powietrza. Dla Lucy i Ani miało to być pierwsze spotkanie z prawdziwym lodowcem. Basia i ja mieliśmy już za sobą wizytę przy Jostedalsbreen podczas poprzedniej podróży do Norwegii trzy lata wcześniej, ale nawet dla nas perspektywa ponownego zobaczenia potężnej masy lodu była niezwykle kusząca. Aby dostać się pod lodowiec, najpierw trzeba było dotrzeć nad fiord Holandsfjorden.
Stamtąd regularnie kursują niewielkie łodzie przewożące turystów na drugi brzeg. Już sam rejs dostarczał pięknych widoków, ale prawdziwa magia zaczynała się po zejściu na ląd. Najpierw trzy kilometry leśnym szutrem a następnie szlak prowadzący pod jęzor lodowca przypominał momentami spacer po zupełnie innej planecie. Skały mieniły się różnymi odcieniami szarości, czerwieni i zieleni, a krajobraz został wyrzeźbiony przez tysiące lat działalności lodu. Wokół nie było drzew ani typowej roślinności. Tylko kamień, woda i góry. Im bliżej podchodziliśmy, tym bardziej imponująco prezentował się sam lodowiec. Ogromna ściana błękitnego lodu sprawiała wrażenie czegoś nierealnego. Dziewczyny nie kryły zachwytu, bo żadne zdjęcia nie są w stanie oddać skali tego zjawiska. Niestety czas działał na naszą niekorzyść. Ostatni kurs łodzi powrotnej zaplanowano około godziny siedemnastej, więc pod samym jęzorem nie mogliśmy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek. Była chwila na zdjęcia, kilka minut podziwiania lodowego kolosa, uzupełnienie płynów i trzeba było ruszać w drogę powrotną.
Mimo krótkiej wizyty wszyscy wracali zadowoleni. Lucy i Ania mogły odhaczyć pierwszy lodowiec w życiu, a my z Basią porównywaliśmy w pamięci Svartisen z Jostedalsbreen. Ostatecznie każdy z nich ma swój charakter. Jostedalsbreen wygrywał łatwością dostępu i skalą widoków, ale Svartisen zdecydowanie bronił się niezwykłym położeniem i samą drogą prowadzącą pod lodowiec. Na nocleg zatrzymaliśmy się nad jeziorem Agvatnet. Wieczór był spokojny, a tafla wody niemal nieruchoma. Po całym dniu pełnym wrażeń nie mogłem przepuścić takiej okazji i postanowiłem wskoczyć do jeziora. Ku mojemu zaskoczeniu temperatura wody była znacznie przyjemniejsza niż w Morzu Norweskim. Po doświadczeniach z lodowatym morzem można było wręcz odnieść wrażenie, że jest ciepło. A skoro była okazja do kąpieli, to grzechem byłoby z niej nie skorzystać.
Tak zakończył się kolejny dzień naszej norweskiej przygody – pełen spektakularnych widoków, historii ukrytych wśród fiordów i spotkania z jednym z największych lodowych gigantów Skandynawii.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)