Jak się okazało kilka dni wcześniej, nawet najlepiej przygotowany plan
podróży potrafi zaskoczyć swoich autorów. W naszym przypadku odkrycie było dość
bolesne. Gdzieś pomiędzy górami, plażami i niekończącymi się białymi nocami
zgubiliśmy... jeden dzień. Do dziś nie wiemy dokładnie kiedy i w jakich
okolicznościach to nastąpiło. Może został na którymś szczycie. Może odpłynął
promem, a może zwyczajnie rozpuścił się w lofockim czasie, który płynie według
własnych zasad. Fakt był jednak niepodważalny. Prom do Polski nie miał zamiaru
dostosowywać rozkładu do naszych „pomyłek”. W efekcie musieliśmy zrezygnować z
ostatniego punktu naszej wielkiej północnej wyprawy. Andøya – wyspa słynąca z długich, dzikich plaż, surowego
wybrzeża i jednych z najlepszych miejsc do obserwacji wielorybów w całej
Norwegii. To właśnie stamtąd mieliśmy ruszyć dalej na Senję, często nazywaną
„Norwegią w pigułce”, bo na stosunkowo niewielkim obszarze skupia wszystko to,
za co kocha się ten kraj. Ale jak mawiają doświadczeni podróżnicy – trzeba zostawić sobie powód do powrotu. I my właśnie
taki powód znaleźliśmy. Senja poczeka. Pozostawało więc obrać kurs na południe.
Przed nami jeszcze sześć dni do momentu, gdy prom Stena Line odbije od
szwedzkiego nabrzeża i skieruje nas do Polski. Nie zamierzaliśmy jednak
przeznaczyć tego czasu wyłącznie na nabijanie kilometrów. Wręcz przeciwnie.
Rozpoczynaliśmy ostatni etap wyprawy. Zwiedzanie wszystkiego po drodze przez
wielkie „Z”. Poranek nie wyglądał szczególnie zachęcająco. Niebo przykrywała
gruba warstwa ciężkich, ołowianych chmur. Na szczęście jeszcze nie padało, więc
spokojnie mogliśmy zjeść śniadanie, spakować cały nasz podróżniczy dobytek i
przygotować się do drogi. Mniej więcej około dziesiątej zajęliśmy miejsca w
naszych „mini kamperach” i ruszyliśmy na południe. Tego dnia mieliśmy do
pokonania zaledwie około 400 kilometrów. Po lofockich standardach była to wręcz
rozgrzewka. Po kilku kilometrach postanowiliśmy odbić z głównej trasy i sprawdzić
jedną z mniej uczęszczanych dróg. Liczyliśmy na spektakularne panoramy. Norwegia
miała jednak inny pomysł. Kilka minut później rozpoczęło się klasyczne
norweskie oberwanie chmury. Takie, przy którym wycieraczki pracują na
najwyższych obrotach, a kierowca zaczyna zastanawiać się, czy przypadkiem nie
płynie zamiast jechać. Widoki zza szyby nadal pozostawały interesujące, choć
miały zupełnie inny charakter niż te, do których przyzwyczaiły nas Lofoty. Mijaliśmy
niewielkie osady, pojedyncze gospodarstwa, stare drewniane zabudowania i małe
przystanie rybackie. Było w tym coś niezwykle autentycznego. Niektóre miejsca
wyglądały tak, jakby nowoczesność zatrzymała się tutaj tylko na chwilę i
pojechała dalej. Odrapane elewacje, stare łodzie wyciągnięte na brzeg,
opuszczone zabudowania gospodarcze i drogi prowadzące donikąd tworzyły
krajobraz daleki od folderów turystycznych. Ale właśnie dlatego tak ciekawy. To
była Norwegia codzienna. Nie ta pocztówkowa, nie ta instagramowa. W końcu
docieramy do Lødingen, gdzie czekała nas przeprawa promowa. Choć geograficznie
Lofoty są częścią Norwegii, przez większość pobytu można odnieść wrażenie, że
funkcjonują trochę jak osobny świat. Archipelag połączony jest z kontynentem
siecią mostów, tuneli i przepraw promowych, ale dopiero podczas takich
przejazdów naprawdę czuć, że opuszcza się wyspiarską rzeczywistość i wraca na
stały ląd. Po zejściu z promu wracamy na legendarną E6 – najdłuższą drogę Norwegii. Od tego momentu kierunek
jest już tylko jeden – południe.
Po drodze zatrzymujemy się między innymi w Mørsvikbotn – niewielkiej miejscowości położonej pomiędzy górami i fiordami w gminie Sørfold. To jedno z tych miejsc, które trudno znaleźć na turystycznych listach atrakcji, ale właśnie dzięki temu ma swój niepowtarzalny klimat.
Dalej droga nieustannie wspina się i opada. Setki zakrętów, dziesiątki podjazdów, kolejne doliny, kolejne fiordy, kolejne góry. Widoki są przepiękne. Ale po dwóch tygodniach człowiek zaczyna łapać się myśli: „Jeszcze jeden spektakularny fiord? Naprawdę?” To chyba najlepszy dowód na to, jak bardzo Norwegia potrafi rozpieszczać podróżników. W Fauske robimy większy postój. Tym razem cel jest wyjątkowo ważny. Zakupy w wersji premium na pożegnalny grill. Do koszyka trafiają kiełbasy, łosoś, kurczak, warzywa do pieczenia, odpowiednie napoje oraz ostatnia część zapasów akevitu – tradycyjnego norweskiego trunku aromatyzowanego ziołami i przyprawami. Oczywiście wyłącznie w celach zdrowotnych. Zanim jednak dotrzemy na miejsce noclegu, odwiedzamy jeszcze jedną z najbardziej niezwykłych atrakcji północnej Norwegii – Saltstraumen. To właśnie tutaj znajduje się najsilniejszy prąd pływowy na świecie. Przez wąską, trzykilometrową cieśninę co sześć godzin przepływa nawet 400 milionów metrów sześciennych wody. Prędkość nurtu potrafi osiągać około 37 kilometrów na godzinę, tworząc ogromne wiry zwane maelstromami. Stojąc na moście i obserwując ten potężny ruch wody, trudno uwierzyć, że całą tę energię generują wyłącznie przypływy i odpływy. Natura po raz kolejny przypominała nam, kto tutaj rozdaje karty.
Kilka kilometrów dalej zatrzymujemy się jeszcze nad jeziorem Nedre Åselivatnet, przy którym rozpoczyna się popularny szlak Åseliåsen prowadzący w kierunku Lurfjellhytta. Spokój, cisza, tafla wody i góry odbijające się w jej powierzchni. Idealne miejsce, by na chwilę zwolnić.
W końcu po kilkunastu kolejnych kilometrach docieramy do miejsca noclegu. Jak zwykle okazuje się nim jeden z norweskich rasteplassów. Coraz bardziej dochodziliśmy do wniosku, że ktoś projektował je specjalnie pod potrzeby podróżników takich jak my. Było miejsce, był widok, był spokój, był grill i dobre napoje oraz długie rozmowy przeciągające się do późnego wieczora. Jeszcze rano ten dzień zaczynał się pod znakiem ciężkich deszczowych chmur. Kończył się natomiast dokładnie tak, jak powinien kończyć się każdy udany dzień w Norwegii. Z pełnym brzuchem, w dobrym towarzystwie i z widokiem, którego długo nie da się zapomnieć.
Po drodze zatrzymujemy się między innymi w Mørsvikbotn – niewielkiej miejscowości położonej pomiędzy górami i fiordami w gminie Sørfold. To jedno z tych miejsc, które trudno znaleźć na turystycznych listach atrakcji, ale właśnie dzięki temu ma swój niepowtarzalny klimat.
Dalej droga nieustannie wspina się i opada. Setki zakrętów, dziesiątki podjazdów, kolejne doliny, kolejne fiordy, kolejne góry. Widoki są przepiękne. Ale po dwóch tygodniach człowiek zaczyna łapać się myśli: „Jeszcze jeden spektakularny fiord? Naprawdę?” To chyba najlepszy dowód na to, jak bardzo Norwegia potrafi rozpieszczać podróżników. W Fauske robimy większy postój. Tym razem cel jest wyjątkowo ważny. Zakupy w wersji premium na pożegnalny grill. Do koszyka trafiają kiełbasy, łosoś, kurczak, warzywa do pieczenia, odpowiednie napoje oraz ostatnia część zapasów akevitu – tradycyjnego norweskiego trunku aromatyzowanego ziołami i przyprawami. Oczywiście wyłącznie w celach zdrowotnych. Zanim jednak dotrzemy na miejsce noclegu, odwiedzamy jeszcze jedną z najbardziej niezwykłych atrakcji północnej Norwegii – Saltstraumen. To właśnie tutaj znajduje się najsilniejszy prąd pływowy na świecie. Przez wąską, trzykilometrową cieśninę co sześć godzin przepływa nawet 400 milionów metrów sześciennych wody. Prędkość nurtu potrafi osiągać około 37 kilometrów na godzinę, tworząc ogromne wiry zwane maelstromami. Stojąc na moście i obserwując ten potężny ruch wody, trudno uwierzyć, że całą tę energię generują wyłącznie przypływy i odpływy. Natura po raz kolejny przypominała nam, kto tutaj rozdaje karty.
Kilka kilometrów dalej zatrzymujemy się jeszcze nad jeziorem Nedre Åselivatnet, przy którym rozpoczyna się popularny szlak Åseliåsen prowadzący w kierunku Lurfjellhytta. Spokój, cisza, tafla wody i góry odbijające się w jej powierzchni. Idealne miejsce, by na chwilę zwolnić.
W końcu po kilkunastu kolejnych kilometrach docieramy do miejsca noclegu. Jak zwykle okazuje się nim jeden z norweskich rasteplassów. Coraz bardziej dochodziliśmy do wniosku, że ktoś projektował je specjalnie pod potrzeby podróżników takich jak my. Było miejsce, był widok, był spokój, był grill i dobre napoje oraz długie rozmowy przeciągające się do późnego wieczora. Jeszcze rano ten dzień zaczynał się pod znakiem ciężkich deszczowych chmur. Kończył się natomiast dokładnie tak, jak powinien kończyć się każdy udany dzień w Norwegii. Z pełnym brzuchem, w dobrym towarzystwie i z widokiem, którego długo nie da się zapomnieć.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)