sobota, 3 sierpnia 2019

Z wizytą u kowala


Tatry - Kończysta 2535 m.n.p.m. 
Sześć lat temu podjąłem pierwszą próbę wejścia na łatwy dwutysięcznik zaliczany do Wielkiej Korony Tatr. Kończysta bo o niej mowa chodziła mi po głowie kawał czasu. Za pierwszym razem wyszliśmy za późno i na przełęczy pod Osterwą spotkaliśmy parkowca więc odpuściliśmy. Tym razem wyjazd o 21 z Warszawy, podjazd pod Marka i prawie pustymi drogami omijając slalomem napotkaną dziką zwierzynę, dojeżdżamy na parking pod Popradzkim Stawem. Szybka przebierka i ruszamy przy świetle czołówek w górę. Nie uszliśmy czterech zakrętów po asfaltowej drodze i nagle zatrzymuje się samochód dowożący pieczywo do schroniska z propozycją podwózki. Głupim by było nie skorzystać, więc po 10 minutach ruszamy już magistralą w kierunku Przełęczy pod Osterwą gdzie jesteśmy już o 5.40 W międzyczasie zaczęło lekko kropić. Basia z Michałem meldują, że ruszają. Im się nie śpieszy. Mają plany wejść na Osterwę.
Na przełęczy jak to na przełęczach hula wiatr, więc nie zabawiamy długo i ruszamy dalej. Teraz już za kopczykami ku Tępej. Bardzo podał mi się ten odcinek. W bliskim sąsiedztwie szczytu była fajna krótka grań podobna do Rohackiego Konia. Pogoda póki co trzyma ale niski pułap chmur nie pozwala podziwiać otoczenia wobec tego schodzimy do Stwolskiej Przełęczy.










I tu zamiast łagodnie opadającą granią ku przełęczy nieświadomie schodzimy wschodnią stromą ścianą. W sumie to nie przysporzyła trudności ale, gdy byliśmy już na rumowiskach Kończystej i chmury odsłoniły Tępą dopiero zobaczyłem różnice i wybuchłem śmiechem. Teraz już żmudnie przez w/w rumowiska żlebu opadającego z Wyżnych Pasternakowych Wrótek. Z moich obserwacji można tymi stokami wchodzić jak tylko wygodnie. Kopczyków od groma i nie wiadomo, który wariant wybrać. My szliśmy jak puszcza aż w końcu mówię:
- Marek! Jednak musimy odbić w prawo!
- niby czemu? – odpowiada
- a bo tam już tylko w dół przepaść jest!
Nie widziałem jak głęboka ta przepaść jest bo mleko się rozlało na dobre. Zegarek wskazywał prawie 2500 m więc byliśmy już blisko. Idziemy w prawo na wyraźną grzędę którą przekraczamy i wchodzimy w wąski kominek który wyprowadza nas na wcięcie pomiędzy wierzchołkami Kończystej.




O kurczaki! Jakie to kowadło duże! Na zdjęciach wydawało się mniejsze. Ale aby „się dokonało” trzeba wejść i na tą skałę. Powiem, że trochę się przy tym spociłem, ale zejście było jeszcze gorsze. Dla ułatwienia ktoś zamontował dwie pętle, z których jedna już się powoli wyciera, więc uważać trzeba. Wyobraźnia musiała działać w 110% aby wiedzieć co widać na około.




O 10-tej zaczynamy zejście. Podobne jak przy podejściu szukamy kopczyków, ale jeśli nie ma go w zasięgu wzroku to nie panikujemy bo za chwilę na pewno jakiś się pojawi. Schodzimy bezpośrednio do doliny nie zahaczając o przełęcz. Następnie po głazach i trawkach dochodzimy do szlaku magistrali i ostatnie podejście dzisiejszego dnia obchodzące Klin.



 
Druga część naszej ekipy już od dłuższego czasu czeka  na nas w schronisku. W między czasie nas jak i ich solidnie zmoczyło. Schodząc z Osterwy nogi idą jak z automatu. Marzę tylko o wielkiej kawie i czymś zimnym do picia. W końcu po czterech godzinach schodzenia jesteśmy przy schronisku. Wlewam w siebie wielką kofolę i kawę, i odpoczywamy. Kolana wołają o pomstę do nieba. Wracając do auta po raz kolejny dopada nas deszcz. Mimo to uśmiechnięci w Knajpie w Nowej Leśnej wcinamy pyszny obiad. To był dobry dzień. Przekroczyłem kolejne swoje granice.

1 komentarz:

  1. Gratuluje:) Kończysta odwiedzona i to z wejściem na kowadlo. Szkoda tylko widokow. Też miałem wrażenie, że wchodzić po zboczach Kończystej można dowolnie, bo wszędzie latwo od tej steost.

    OdpowiedzUsuń

Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)