niedziela, 13 września 2026

Klamra się domknęła – Brestowa, Salatyny i Pachoł

 

Tatry - Pachoł 2167 m.n.p.m.

Gdy trzy tygodnie temu kończyliśmy z Basią nasz poprzedni górski weekend, nie przypuszczałem, że tak szybko wrócę w Tatry. A jednak. Tym razem nie obyło się bez zmian w składzie osobowym. Marek nie znalazł żadnej wymówki, żaden kalendarz nie stanął mu na przeszkodzie, więc mogliśmy wrócić do pierwotnego planu wspólnego wyjazdu. Prognozy wyglądały wręcz podejrzanie dobrze. Piątek i niedziela miały być pogodowym sztosem, natomiast sobota zapowiadała się co najwyżej średnio. Matematyka była prosta – urlop na żądanie, szybkie pakowanie i kierunek Tatry. Plan na pierwszy dzień był konkretny. Dokończyć projekt rozpoczęty podczas poprzedniego wyjazdu, czyli przejść pozostałą część słynnej grani Brestowa – Pachoł. Nie bez powodu ten odcinek bywa nazywany słowacką odpowiedzią na Orlą Perć Tatr Zachodnich. Wczesnym rankiem meldujemy się na parkingu w Rohackiej Dolinie. Już na pierwszy rzut oka widać różnicę. Samochodów jest zdecydowanie mniej niż podczas ostatniego weekendu. Cóż, piątek ma jednak swoje zalety. Podobnie jak poprzednio korzystamy z dobrodziejstw techniki i kupujemy bilety na kolejkę. Niektórzy mogą twierdzić, że prawdziwy turysta powinien zdobywać każdy metr własnymi nogami. Ja natomiast uważam, że jeśli można legalnie zaoszczędzić 500 metrów przewyższenia, to grzechem byłoby z takiej okazji nie skorzystać. Po chwili wysiadamy na górnej stacji. Słońce od samego rana nie bierze jeńców. Pierwszy fragment zielonego szlaku tradycyjnie daje mi w kość. Zawsze tak mam. Przez pierwsze kilkanaście minut organizm prowadzi wewnętrzne negocjacje i zastanawia się, dlaczego zamiast spokojnie siedzieć przy kawie, każe mu się wspinać pod górę. Kryzys mija dopiero przy zakosach. Przejrzystość powietrza jest dziś znakomita. Przy lunecie zatrzymujemy się znacznie dłużej niż ostatnim razem, próbując wypatrzyć kolejne tatrzańskie szczyty. Kilka minut później jesteśmy już na grzebieniu. Szybkie śniadanie z widokiem i ruszamy dalej.








Brestowa przyjmuje nas równie gościnnie jak poprzednio. Co więcej, idziemy sprawnie i niemal na każdym odcinku urywamy po kilka minut z czasów podanych na drogowskazach. Człowiek od razu czuje się młodszy, sprawniejszy i niemal zawodowy.




Z Brestowej schodzimy na przełęcz, po czym rozpoczyna się kolejne podejście na Salatyny. Krótki odcinek sypkiego i stromego szlaku przypomina, że Tatry potrafią być wymagające. Po chwili teren łagodnieje i wychodzimy na fragment grani, który za każdym razem kojarzy mi się bardziej z bieszczadzkimi połoninami niż z Tatrami. Wreszcie nogi mogą trochę odpocząć. Na Salatynie spędzamy około pół godziny. Nigdzie nam się nie spieszy. Jest wcześnie, pogoda idealna, a przed nami najciekawsza część dnia – teren, którego jeszcze nie znam. Za Małym Salatynem zaczyna się prawdziwa przygoda.












Przed nami rozciąga się długa grań Skrzyniarki. Najpierw jednak trzeba stracić trochę wysokości na przełęczy pod Małym Salatynem. Krok po kroku schodzimy niżej, by za moment znów zdobywać kolejne metry. Szlak biegnie raz dokładnie granią, raz pozwala wygodnie obejść trudniejsze fragmenty ścieżkami po lewej lub prawej stronie. Przy Gankowej Kopie pojawia się pierwszy krótki odcinek zabezpieczony łańcuchem. Nic szczególnie trudnego, ale dodaje trasie charakteru. Po niespełna dwóch godzinach osiągamy Spaloną. I tutaj zaczyna się ten rodzaj odpoczynku, który stanowi esencję górskich wycieczek. Ludzi można policzyć na palcach jednej ręki, wokół cisza, przestrzeń i niekończące się panoramy. Co chwilę słychać kolejne „zobacz tam” albo „ale widok”. Innymi słowy – klasyczne górskie ochy i achy.














Po czterdziestu pięciu minutach lenistwa ruszamy dalej na ostatni tego dnia dwutysięcznik. Między Spaloną a Pachołem zauważamy wyraźną ścieżkę schodzącą do Spalonej Doliny. Warto zapamiętać to miejsce. To taka awaryjna furtka dla tych, którzy chcieliby skrócić trasę albo których pogoda zmusiłaby do szybkiego odwrotu. Nam jednak nic nie przeszkadza. Po około czterdziestu pięciu minutach stajemy na szczycie Pachoła. Po drodze trafia się jeszcze krótki odcinek z łańcuchami, nieco trudniejszy od poprzedniego, ale nadal bardzo przyjemny. Na szczycie obowiązkowa sesja zdjęciowa, kilkanaście minut odpoczynku i satysfakcja, która przychodzi wraz ze świadomością, że właśnie domknęliśmy pewną historię. Bo dokładnie tutaj kończy się projekt rozpoczęty kilkanaście lat wcześniej. Tym samym zamknęliśmy klamrą słowacką „Orlą Perć Tatr Zachodnich”, czyli imponującą grań od Brestowej przez Salatyny, Skrzyniarki i Spaloną aż po Rohacz Ostry.








Przed nami pozostał już tylko ostatni etap. Najmniej widowiskowy, ale za to najbardziej wymagający. Powrót do samochodu. Dwie i pół godziny marszu po całym dniu w pełnym słońcu potrafią skutecznie przypomnieć człowiekowi o istnieniu mięśni, których normalnie nawet nie zauważa. Ostatnie kilometry dłużą się niemiłosiernie, ale w końcu docieramy na parking. Dziewięć godzin po starcie zamykamy drzwi samochodu. Zmęczeni? Bardzo. Zadowoleni? Jeszcze bardziej. A ponieważ sobota miała przynieść więcej chmur niż widoków, postanowiliśmy chwilowo zdradzić Tatry. Następnego dnia miała nas bowiem powitać Mała Fatra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)