Lofoty 2026
Po pierwszym urlopie w
Norwegii, który odbyliśmy trzy lata temu, jedno marzenie nie dawało nam
spokoju. Gdziekolwiek nie spojrzeliśmy – zdjęcia, filmy, relacje podróżnicze – wyskakiwały
jak grzyby po deszczu. Strzeliste góry wyrastające prosto z morza, czerwone
rybackie domki, turkusowa woda i krajobrazy wyglądające jak żywcem wyjęte z
pocztówki. Lofoty. Przeglądając kolejne relacje, coraz częściej łapaliśmy się
na tym, że zamiast planować kolejny urlop, planujemy właśnie ten jeden. Ten
wymarzony (jeden z wielu). I w końcu pod koniec ubiegłego roku zapadła decyzja:
Rok 2026 będzie należał do Lofotów. Charakter podróży od początku był
jasny. Żadnych hoteli, kurortów czy siedzenia w jednym miejscu. Prawdziwa wyprawa
w stylu camperowym. Tyle że zamiast kampera mieliśmy naszego niezawodnego Forda
S-Maxa, pieszczotliwie zwanego Maksiem, który przez lata został całkiem
solidnie przystosowany do roli mobilnego domu. Łóżko? Jest. Schowki? Są. Widok
na góry po otwarciu bagażnika? Oby jak najczęściej. Do wyprawy zaprosiliśmy
również nasze norweskie wsparcie logistyczne, czyli Lucy i Anię. Spodziewaliśmy
się długich negocjacji, analiz kalendarza i rodzinnych narad nocnych. Tymczasem
czas potrzebny na podjęcie decyzji wyniósł mniej więcej tyle, ile trwa
zagotowanie wody na herbatę. Szybka i jedyna właściwa odpowiedź:
– Jedziemy!
Od początku roku
ruszyła więc wielka operacja pod kryptonimem „Lofoty 2026”. Planowanie
było niemal równie czasochłonne, jak sama podróż. Mapy, przewodniki, relacje
innych podróżników i niezliczone pinezki pojawiające się na ekranie. Lista
miejsc do zobaczenia rosła z tygodnia na tydzień. Była przy tym wyjątkowo
ambitna. W końcu większość lofockich szczytów nie przekracza 500–700 metrów
wysokości, więc w naszych głowach bardzo szybko narodził się genialny plan:
– Skoro góra ma tylko
pięćset metrów, to przecież możemy zrobić dwie dziennie.
Jak się później
okazało, matematyka górska nie zawsze działa tak samo jak matematyka przy
kuchennym stole. Mieliśmy wpływ praktycznie na wszystko. Trasy przejazdu,
miejsca noclegowe, przeprawy promowe i harmonogram zwiedzania były dopracowane
niemal co do minuty. Na wszystko. Poza pogodą. Choć i tutaj Ania uspokajała
wszystkich z pełnym przekonaniem:
– Nie martwcie się.
Pogodę już załatwiłam u tych na górze.
Brzmiało
profesjonalnie, więc nie drążyliśmy tematu. W końcu nadszedł długo wyczekiwany
dzień. W samo południe 30-go maja ruszamy z tradycyjnym „Ahoj przygodo!” na ustach i szerokimi uśmiechami na
twarzach. Pierwszy etap wyprawy to klasyczne nabijanie kilometrów. Zanim jednak
wjechaliśmy na nocny prom w Gdyni, postanowiliśmy rozpocząć podróż nieco
bardziej uroczyście. Najpierw spacer po molo w Orłowie. Potem rybka w
miejscowej tawernie. Przecież trudno rozpocząć wyprawę nad Morze Norweskie bez
odpowiedniego pożegnania z Bałtykiem. Wieczorem meldujemy się na pokładzie
promu płynącego do szwedzkiej Karlskrony. Kiedy statek powoli opuszcza port,
stoimy na odkrytym pokładzie i obserwujemy zachodzące słońce. Widok jest
piękny, ale jednocześnie trochę symboliczny. Przez najbliższe dwa tygodnie
zachód słońca stanie się bowiem zjawiskiem niemal egzotycznym. Im będziemy się
przesuwać dalej na północ, tym bardziej noc zacznie przypominać bardziej późny
wieczór. Morze powoli znika w półmroku, Gdynia zostaje za rufą, a przed nami
tysiące kilometrów przygody.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Następnego ranka, po solidnym śniadaniu na promie –
ruszamy dalej. Przed nami prawie 700 kilometrów drogi przez Szwecję. I tutaj
zaczyna się prawdziwa szkoła cierpliwości. Krajobraz zmienia się mniej więcej
według następującego schematu: las, jezioro, fotoradar, las, fotoradar,
jezioro, las, jezioro, fotoradar. Po kilku godzinach
człowiek zaczyna podejrzewać, że Szwedzi skopiowali ten sam fragment krajobrazu
i wkleili go kilkaset razy wzdłuż trasy, a my śmiejemy się że IKEA ma tu duże
pole do popisu. Od czasu do czasu zza drzew wyłaniają się jednak większe
jeziora i bardziej malownicze widoki. Jednym z nich jest jezioro Vänern. To nie
tylko największe jezioro Szwecji, ale również największy zbiornik wodny w całej
Unii Europejskiej. Jego powierzchnia przekracza 5,6 tysięcy kilometrów
kwadratowych, co oznacza, że jest niemal osiemnaście razy większe od Jeziora
Śniardwy. Na jego obszarze znajduje się ponad 20 tysięcy wysp, wysepek i
skalistych skrawków lądu. Po około dziesięciu godzinach jazdy docieramy do
miejsca, które żartobliwie ochrzciliśmy mianem norweskiego Podlasia. To
właśnie tutaj czekały już Lucy i Ania. Przed nami ostatnia noc w prawdziwych
łóżkach. Następne dwa tygodnie miały należeć głównie do Maksia, parkingów z
widokiem na fiordy i poranków rozpoczynanych od otwarcia klapy bagażnika. Wieczór
przeciągnął się znacznie dłużej niż planowaliśmy. Przy stole szybko okazało
się, że mamy jeszcze mnóstwo tematów do omówienia, mimo że plan podróży był już
grubszy niż niejedna książka. Rozmowy trwały niemal do północy. W końcu
następny dzień miał być kolejnym etapem wielkiej kilometrówki. A prawdziwa
przygoda dopiero się zaczynała. Jeszcze przekazanie wspólnego prezentu –
specjalnych kubków dla wszystkich członków wyprawy i zgodnie oznajmiamy, że
jesteśmy gotowi.
Niecierpliwie czekam na kolejne odcinki 😁
OdpowiedzUsuń