Lofoty - Å, Reine, Sakrisøy, Nusfjord
Środa, godzina 6:30. Po kilku dniach podróży, ponad
dwóch tysiącach przejechanych kilometrów i nocnym rejsie przez Morze Norweskie
wreszcie cumujemy w Moskenes. Przed nami są Lofoty. Te prawdziwe. Nie te ze
zdjęć, filmów i internetowych relacji, które przez ostatnie miesiące skutecznie
podsycały nasz apetyt na magiczną Północ. W końcu znaleźliśmy się pośród tych
słynnych gór wyrastających prosto z morza, wśród fiordów, rybackich osad i
krajobrazów, które sprawiają, że człowiek co chwilę odruchowo sięga po aparat.
A pogoda? Idealna. I właśnie dlatego nasze pierwotne plany bardzo szybko
trafiły do szuflady z napisem „do ponownego rozpatrzenia”. Zgodnie z
wcześniejszym założeniem pierwsze dwa dni po zjechaniu z promu mieliśmy spędzić
wysoko w górach, nocując pod namiotem. Wystarczyło jednak jeszcze raz spojrzeć
na prognozy i wymienić kilka znaczących spojrzeń w kierunku Ani, aby dojść do
wniosku, że warto nieco zmodyfikować harmonogram. Ale nie była to żadna porażka
w realizacji planu. Nazwijmy to raczej strategicznym przegrupowaniem sił.
Postanowiliśmy więc rozpocząć lofocką przygodę od poznania najbardziej
malowniczych rybackich osad archipelagu. Pierwszym przystankiem było miejsce,
którego nazwa od lat wprawia turystów w lekką konsternację. Å. Tak, dokładnie,
jedna litera, koniec nazwy, koniec słowa i niemal koniec drogi. Położona na
samym krańcu archipelagu miejscowość jest jedną z najbardziej
charakterystycznych osad na Lofotach. Jej nazwa pochodzi od staronordyckiego
słowa oznaczającego niewielką rzekę. Dziś dla większości odwiedzających stanowi
przede wszystkim obowiązkowy punkt programu i jedno z najczęściej
fotografowanych miejsc w całej Norwegii. Trudno się temu dziwić. Kolorowe domki
odbijające się w wodzie, otaczające je skaliste szczyty i wszechobecny spokój
sprawiają, że nawet zwykły spacer po okolicy zamienia się w przyjemność. My
również nie mogliśmy odmówić sobie klasycznego zdjęcia przy słynnym znaku z
nazwą miejscowości. W końcu nie codziennie odwiedza się miejsce, którego nazwę
można napisać jednym ruchem długopisu. Barbórka próbowała imitować wymowę –
kończyło się zawsze jednym wielkim śmiechem. Po krótkim spacerze przyszedł czas
na kolejny punkt obowiązkowy. Piekarnię i to nie byle jaką. Od dawna
słyszeliśmy legendy o wypiekanych tutaj cynamonkach, czyli norweskich Kanelboller.
Według niektórych były najlepsze na całych Lofotach. Według innych – w całej
Norwegii. Postanowiliśmy przeprowadzić własne badania terenowe. Na miejscu
okazało się, że za ladą pracuje przemiła rodaczka, która nie tylko opowiedziała
nam trochę o życiu na końcu świata, ale również obdarowała nas dodatkową porcją
pachnących wypieków. Takie spotkania zawsze mają w sobie coś wyjątkowego. Tysiące
kilometrów od domu za kołem podbiegunowym, a tu nagle słyszysz znajomy język. Z
piekarni wyszliśmy więc bogatsi o nowe znajomości i zdecydowanie ciężsi o kilka
cynamonek. Testy jakości zostały przeprowadzone niemal natychmiast. Wynik był
jednogłośny. Legenda nie kłamała. Zaopatrzeni w zapasy energii ruszyliśmy
dalej.
Kolejnym przystankiem było miejsce, które regularnie pojawia się na okładkach przewodników i folderów turystycznych. Reine. Jeśli istnieje miejscowość będąca wizytówką Lofotów, to jest to właśnie ona. Położona na niewielkich wyspach osada od wieków żyje z morza. To właśnie tutaj od pokoleń rozwijało się rybołówstwo, które przez stulecia stanowiło podstawę życia mieszkańców całego archipelagu. Patrząc na otaczające miejscowość szczyty, trudno uwierzyć, że ludzie postanowili kiedyś założyć osadę właśnie tutaj. Z jednej strony morze. Z drugiej – pionowe ściany gór. A pomiędzy nimi niewielki skrawek lądu. Efekt jest jednak spektakularny. Spacerując po okolicy, co chwilę napotykaliśmy charakterystyczne drewniane konstrukcje obwieszone rzędami suszących się ryb. To słynne sztokfisze – tørrfisk. Tradycja ich produkcji sięga czasów wikingów. Dzięki wyjątkowemu klimatowi północnej Norwegii dorsze mogą być suszone naturalnie przez kilka miesięcy bez użycia soli. Gotowy produkt przez setki lat stanowił jeden z najważniejszych towarów eksportowych Norwegii, trafiając między innymi do Włoch, Hiszpanii i Portugalii. A że proces suszenia ma swoją specyfikę... powiedzmy tylko, że nos również otrzymuje tutaj całkiem sporo bodźców poznawczych.
Aby dopełnić obraz lofockich wiosek rybackich, odwiedziliśmy jeszcze dwa miejsca. Pierwszym była Sakrisøy. To właśnie tutaj znajdują się słynne żółte domki, które stały się jednym z symboli archipelagu. Na tle granatowej wody, szarych skał i dominujących na Lofotach czerwonych chat wyglądają niemal nierealnie. Żółte ściany odbijające promienie słońca tworzą krajobraz, który bardziej przypomina obraz niż rzeczywistość.
Drugim był Nusfjord – jedna z najlepiej zachowanych historycznych osad rybackich w Norwegii. Tym razem nie schodziliśmy jednak do samej wioski. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu górującym nad zatoką, skąd rozciągał się doskonały widok na całą osadę. Kolorowe zabudowania skupione wokół niewielkiego portu, otoczone stromymi zboczami gór, wyglądały jak miniaturowa makieta. Patrząc z góry łatwo było sobie wyobrazić, jak przez stulecia toczyło się tutaj życie rybaków, dla których morze było zarówno źródłem utrzymania, jak i codziennym wyzwaniem.
Po drodze do Nusfjordu zatrzymaliśmy się przy fotogenicznej formacji skalnej - a raczej wielkiej ścianie górskiej nazwanej Batman Wall.
Nasze pierwsze spotkanie z Lofotami okazało się więc wyjątkowo malownicze. Były pocztówkowe widoki. Były rybackie osady. Były sztokfisze. Były cynamonki. Były setki zdjęć. Ale gdzieś pomiędzy kolejnymi punktami programu coraz częściej spoglądaliśmy w stronę otaczających nas szczytów. Bo choć urokliwe wioski robiły ogromne wrażenie, to właśnie góry przyciągały nas tutaj najmocniej. A te cierpliwie czekały. Dzień rozpoczął się dla nas bardzo wcześnie. A właściwie można powiedzieć, że poprzedni jeszcze się nie skończył. Kilka dni podróży zaczynało dawać o sobie znać, dlatego wieczorem udaliśmy się na wybrane wcześniej miejsce postojowe. Tam czekała nas pierwsza noc na Lofotach. Spokojna z widokiem na północne niebo, które nawet późnym wieczorem nie chciało zrobić się ciemne.
Przed nami były dwa dni trekkingu i przeczucie, że najpiękniejsze widoki tej wyprawy dopiero zaczynają się odsłaniać.
Kolejnym przystankiem było miejsce, które regularnie pojawia się na okładkach przewodników i folderów turystycznych. Reine. Jeśli istnieje miejscowość będąca wizytówką Lofotów, to jest to właśnie ona. Położona na niewielkich wyspach osada od wieków żyje z morza. To właśnie tutaj od pokoleń rozwijało się rybołówstwo, które przez stulecia stanowiło podstawę życia mieszkańców całego archipelagu. Patrząc na otaczające miejscowość szczyty, trudno uwierzyć, że ludzie postanowili kiedyś założyć osadę właśnie tutaj. Z jednej strony morze. Z drugiej – pionowe ściany gór. A pomiędzy nimi niewielki skrawek lądu. Efekt jest jednak spektakularny. Spacerując po okolicy, co chwilę napotykaliśmy charakterystyczne drewniane konstrukcje obwieszone rzędami suszących się ryb. To słynne sztokfisze – tørrfisk. Tradycja ich produkcji sięga czasów wikingów. Dzięki wyjątkowemu klimatowi północnej Norwegii dorsze mogą być suszone naturalnie przez kilka miesięcy bez użycia soli. Gotowy produkt przez setki lat stanowił jeden z najważniejszych towarów eksportowych Norwegii, trafiając między innymi do Włoch, Hiszpanii i Portugalii. A że proces suszenia ma swoją specyfikę... powiedzmy tylko, że nos również otrzymuje tutaj całkiem sporo bodźców poznawczych.
Aby dopełnić obraz lofockich wiosek rybackich, odwiedziliśmy jeszcze dwa miejsca. Pierwszym była Sakrisøy. To właśnie tutaj znajdują się słynne żółte domki, które stały się jednym z symboli archipelagu. Na tle granatowej wody, szarych skał i dominujących na Lofotach czerwonych chat wyglądają niemal nierealnie. Żółte ściany odbijające promienie słońca tworzą krajobraz, który bardziej przypomina obraz niż rzeczywistość.
Drugim był Nusfjord – jedna z najlepiej zachowanych historycznych osad rybackich w Norwegii. Tym razem nie schodziliśmy jednak do samej wioski. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu górującym nad zatoką, skąd rozciągał się doskonały widok na całą osadę. Kolorowe zabudowania skupione wokół niewielkiego portu, otoczone stromymi zboczami gór, wyglądały jak miniaturowa makieta. Patrząc z góry łatwo było sobie wyobrazić, jak przez stulecia toczyło się tutaj życie rybaków, dla których morze było zarówno źródłem utrzymania, jak i codziennym wyzwaniem.
Po drodze do Nusfjordu zatrzymaliśmy się przy fotogenicznej formacji skalnej - a raczej wielkiej ścianie górskiej nazwanej Batman Wall.
Nasze pierwsze spotkanie z Lofotami okazało się więc wyjątkowo malownicze. Były pocztówkowe widoki. Były rybackie osady. Były sztokfisze. Były cynamonki. Były setki zdjęć. Ale gdzieś pomiędzy kolejnymi punktami programu coraz częściej spoglądaliśmy w stronę otaczających nas szczytów. Bo choć urokliwe wioski robiły ogromne wrażenie, to właśnie góry przyciągały nas tutaj najmocniej. A te cierpliwie czekały. Dzień rozpoczął się dla nas bardzo wcześnie. A właściwie można powiedzieć, że poprzedni jeszcze się nie skończył. Kilka dni podróży zaczynało dawać o sobie znać, dlatego wieczorem udaliśmy się na wybrane wcześniej miejsce postojowe. Tam czekała nas pierwsza noc na Lofotach. Spokojna z widokiem na północne niebo, które nawet późnym wieczorem nie chciało zrobić się ciemne.
Przed nami były dwa dni trekkingu i przeczucie, że najpiękniejsze widoki tej wyprawy dopiero zaczynają się odsłaniać.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Pięknie!
OdpowiedzUsuń