wtorek, 4 kwietnia 2017

Wiosenny początek górskiego roku

 Tatry - Suchy Wierch Ornaczański 1832 m.n.p.m.

Cyk - cyk, cyk - cyk. Tak swój rytm nabijał zegar odmierzający dni na nizinach. Tych dni nabiło aż 131 od listopada ubiegłego roku. Niestety Basię w domu zatrzymały obowiązki służbowe, ale dosyć niespodziewanie chęć chodzenia po górach, choć jeden dzień dał brat Marek. Na nizinach to już wiosna, ale w górach a zwłaszcza Tatrach, zima jeszcze rządzi. Będzie to jego pierwsze zimowe wędrowanie.
Ostatniego dnia marca spotykamy się na dworcu w Zakopanym. Za cel obraliśmy sobie Ornak. Dolinę Kościeliską przechodzimy szybko, nie spotykając nikogo i oszczędzając prawie 40 minut. Myślę sobie, że dobry czas mamy i można będzie uszczknąć coś więcej niż tylko Ornak. Po śniadaniu w schronisku zaczynamy podejście na Iwaniacką Przełęcz.
Godzinę później już na przełęczy zakładamy raki. Słońce daje się we znaki, więc po nauczce z poprzedniego roku nakładam warstwę kremu na twarz. Zaczynamy podejście zboczem Ornaku. Po szybkim wyjściu z lasu naszym oczom ukazują się piękne widoki oraz strome zbocze i trzy wytyczone ślady do góry.




Wybieramy ten skrajnie prawy. Krok za krokiem, góra, góra, dół. Tak to mniej więcej wyglądało. Śnieg był mocno zapadający się, gdzieniegdzie nawet do ud. Ślady dalej prowadzą przez kosówkę - następną niespodziankę.



Po wejściu na grań odpoczywamy dłuższy czas.










Następnie wchodzimy na pierwszy szczyt masywu Ornaku i postanawiamy, że Suchy Wierch Ornaczański będzie kulminacją dzisiejszego wejścia. Rozsiadamy się tam na chwilę, chłoniemy widoki, robimy zdjęcia, parę łyków jeszcze gorącej herbaty z wiśniówką i schodzimy na dół.



Tym razem obraliśmy wariant szlakowy, ale to wcale nie polepszyło jakości śniegu. Jak się zapadał, tak zapada się dalej. Na przełęczy skręcamy w stronę Chochołowskiej. Marek chce zobaczyć te słynne krokusy. Dochodząc do Polany Iwanówka suche trawy jakby się „fiolecą”. Juppi są i tu. Jeszcze przez chwilę mieliśmy w głowie myśl, żeby wstąpić na Chochołowską Polanę, lecz informacja o 40 minutach marszu skutecznie nas zniechęciła.


Po drodze też są inne polanki i na nich na pewno fioletowe cuda będą. No i były. Ok. 17 wsiadamy już do busa wracającego do miasta, gdzie raczymy się zasłużonym posiłkiem i piwkiem. To był piękny górski początek 2017 roku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Napisz nam proszę co o tym sądzisz :)